sierpnia 01, 2018

Weno.. gdzie jesteś?

Weno.. gdzie jesteś?

Dziś coś napiszę. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy próbowałam zmotywować się, aby wrócić do blogowania, pisania i czytania innych blogów. Za każdym razem, gdy włączałam laptopa i klikałam ikonkę bloggera w przeglądarce, już prawie miałam wpisany tytuł, a w głowie ułożone pierwsze zdania, coś pękało i szybko przyciskałam X. Mam wrażenie, że nadal to trwa, ale.. czas się rozpisać. 

Mimo ogromnej pasji, chęci i dużego zapału, chyba każdy, kto stara się regularnie pisać, w pewnym momencie swojej twórczości napotyka na pewną blokadę. Nagle, mimo wielu pomysłów, różnych idei, nie da się sklecić sensownie jednego zdania. Nie i już. 

Otwieram wtedy wujka google, kryzys twórczy, jak pokonać kryzys twórczy. Roi się od blogów, poradników i pomysłów, jak powtórnie przywołać radosną wenę do naszego życia. Próbowałam wielu zaleceń, ale jak tu się rozpisać, kiedy palce odmawiają posłuszeństwa? 

 Przecież ten pomysł jest bez sensu. Nikt tego nie przeczyta

 Nawet teraz mam takie myśli (sic!)

Moja lista czytelnicza pęka w szwach - nagłówki z nowymi postami zachęcają, żeby sprawdzić, co dzieje się u osób, które chętnie czytam i obserwuję.

Czas wrócić do blogowania. Czas ponownie tu bywać.

Moim jedynym sposobem jest cierpliwe przeczekanie, aż chęci wrócą, a pomysły po prostu spisuję w Bullet Journalu - w końcu przyjdzie na nie czas. 

maja 03, 2018

D O M

D O M

Budzę się wraz ze świtem, kiedy ptaki rozpoczynają swój dzień od porannych śpiewów i treli. Otwieram zaspane oczy i sprawdzam wskazówki zegara. Mam jeszcze czas, przewracam się na bok, leniwie wystawiając nogę spod gorącej kołdry. W pasie czuję ciężar ręki mojego Anioła. 

Już dawno nie czułam się tak dobrze, tak spokojnie i bezpiecznie, mogę na chwilę zapomnieć o uczelni, kolokwiach i laboratorium. Nie muszę słuchać plotek koleżanek, nie muszę nic. 

Wstajemy, gdy jeszcze znad kubków unosi się para, a w powietrzu czuć zapach świeżo mielonej kawy. Powoli przechodzimy do śniadania, resztę dnia spędzamy głównie na zewnątrz. Ciepłe promienie słońca otulają skórę. Tak bardzo tęskniłam za takimi chwilami, kiedy głowę mam pustą od nerwów, a jedyny problem stanowią kąsające komary. 

Kłótnie z siostrą o pierwszą kromkę gorącego chleba i przekomarzanie się z Damianem. 

Chciałabym zatrzymać to, jak najdłużej.

kwietnia 24, 2018

Szalony tydzień, dlaczego nagle przestałam pisać?

Szalony tydzień, dlaczego nagle przestałam pisać?

Poniedziałek rozpoczynam nieciekawymi wykładami, później wbijam się w kitel i spędzam czas nad mikroskopem poznając kolejne mikroorganizmy przewodu pokarmowego, następnie omawiam prezentację na seminariach, kolejno próbuję zrozumieć i poznać techniki bioinformatyki żałując, że nie jestem informatycznym mózgiem - inaczej nie musiałabym się martwić o pracę w przyszłości. We wtorki uśmiecham się do promotorki, która ma z nami zajęcia i udaję, iż nie zauważam, że ode mnie wymaga więcej, niż od reszty grupy, na samą myśl kolokwia żołądek skacze fikołka. W środę plastycznie staram się przebrnąć przez angielski, by kilka godzin później spędzić w laboratorium tworząc kolejne płyty z PCR. Czwartki to komórki i spędzanie czasu przy mikroskopie. W piątki od rana na zajęcia ciąć skrawki mikroskopowe. Na weekend oddech w domu, ale jeszcze trzeba zrobić dziesięć innych rzeczy związanych z uczelnią. 

Pomiędzy czasem spędzanym na uczelni, a czasem w domu, który poświęcałam uczelni minęły mi 23 urodziny, jakieś święta i czas spędzany z najbliższymi. Do bloga nie miałam cierpliwości, chęci i natchnienia. Lepiej nie pisać nic, niż pisać, że nie ma się na nic czasu.

Dopiero tydzień 16-22 kwietnia przyniósł mi trochę wytchnienia i co najważniejsze - wiele niezapomnianych chwil i emocji. 


Koncert Thirty Seconds to Mars w Łodzi, to prezent od siostry na moje 23 urodziny, które obchodziłam 8 marca. Bilety były kupione już dawno, problemem był termin, nie miałam pewności, że będę mogła pojechać z powodu obowiązków na uczelni. Ostatecznie udało się i zaraz po prezentacji na angielskim odebrało mnie auto, które sunąc po autostradzie zawiozło mnie niemal pod samą Atlas Arenę. I tak, jak miasto nie zrobiło na mnie wrażenia, tak koncert, atmosfera i muzyka wzbudziły we mnie nie małe emocje. Piosenki tego zespołu są idealne na koncerty - Jared Leto potrafi zaangażować i poderwać widownię z miejsc. Zjednoczenie głosu tak dużej publiczności, muzyka na żywo, do tego odpowiednia scenografia potrafią stworzyć widowisko idealne, wywołujące gęsią skórkę. Nucąc kolejne piosenki i ruszając biodrami w rytm muzyki zapominałam na chwilę o uczelni, o ogromie obowiązków, które wypełniają mi dni i o tym, jak próbuję z barków zrzucić zmęczenie materiału, do większej aktywności po uczelni, większego zaangażowania w to, co lubię.
Koncert przypomniał mi, jak bardzo warto cieszyć się chwilą, poczuć wolność i świeżość. Warto raz na jakiś czas oderwać się od codzienności i zrobić coś zupełnie innego.

Jak się okazało, ten tydzień nie miał być wyjątkowy tylko dzięki koncertowi, a przede wszystkim dzięki Damianowi. To miała być z pozoru zwykła, letnia sobota, z tym wyjątkiem, że Damian miał pomóc swojemu koledze. Więc po 12 ruszyliśmy do Poznania. Wpadłam do mieszkania i pognałam do ubikacji, kątem oka zobaczyłam tylko, że coś jest na stole. W głowie pojawiły się różne scenariusze, żołądek fiknął koziołka. Wróciłam do Damiana, a on klęknął. Dawno nie byłam jednocześnie tak szczęśliwa i trochę zdenerwowana. Dłuższa chwila minęła, nim opanowałam drżenie rąk. Ale byłam jedną z najszczęśliwszych kobiet w tamtym momencie. I trwa to do dzisiaj. I mam nadzieję, że już tak zostanie, że wewnętrzny spokój i ukojenie będą mieszały się z dużą dawką radości i miłości.

lutego 25, 2018

Co na wsi piszczy? - Afrykański pomór świń

Co na wsi piszczy? - Afrykański pomór świń


Nigdy nie zajmowałam się polityką na blogu, uważam, że są do tego lepsze miejsca, niż blog nie związany z polityką. Sprawy wsi znam od podszewki - mieszkam tam, moi rodzice zajmują się gospodarką od pokoleń. Nigdy nie odpowiadałam na zaczepki, że rolnicy ciągną pieniądze z Unii Europejskiej, choć to mydlenie oczu osób nie związanych z wsią. Polska gospodarka przeżywa kryzys, a to zasługa również polityków. Media zwykle milczą, więc dziś troszkę ja, o szarej rzeczywistości na Polskiej wsi.

AFRYKAŃSKI POMÓR ŚWIŃ (ASF)

Choroba groźna, wirusa ciężko wytępić, ponieważ może przetrwać bardzo długo w teoretycznie trudnych warunkach - przetrwa wysoką temperaturę, procesy gnicia, wędzenie, gotowanie czy wysychanie, a w mrożonym mięsie jest w stanie przetrwać do pół roku. My, jako człowiek jesteśmy nosicielami pośrednimi. Głównym źródłem są dziki, które nie wiedzą, co to jest granica państwa i przemieszczają się do naszego kraju przenosząc chorobę. Jeśli trzoda zostanie zarażona nie leczy się jej, przez ryzyko przenoszenia wirusa dalej. Świnie padają, niekiedy od razu, w innych przypadkach w długich męczarniach. 
Odpowiedź Ministerstwa Rolnictwa?
Nakazują przygotowanie specjalnych mat dezynfekujących, z czym się zgadzam, bo to ważny czynnik w obronie przed wszelkimi bakteriami i wirusami, nie tylko pomorem. Dezynfekcji ma podlegać każde auto, które wjeżdża na posesję, dzięki czemu nie wnosi zarazków z zewnątrz i nie wywozi patogenów od gospodarza.

Nakazują trzymanie trzody chlewnej z dala od dzików (serio?), w zamkniętych budynkach. Jakkolwiek głupio brzmi ten zapis, jego konsekwencje przekładają się na wszystko, co dookoła gospodarstwa, ale o tym ciut niżej. Nikt o zdrowych zmysłach, we współczesnej gospodarce nie pozwoli na kontakt z dzikami, jest to niemal niemożliwe. Nie potrafię wyobrazić sobie takiej sceny. Każde okno, drzwi, miejsce, przez które mogą przedostać się inne zwierzęta powinno być osłonięte siatką. I dalej nie miałabym nic przeciwko, gdyby pod oczami nie rozsypał mi się obraz wsi tej, którą znam z codzienności:

Ciepłe lato, obudzona śpiewem ptaków i szczekaniem psa wychodzę na dwór, witam się z kotami, idę po warzywa na ogród i mogę ze spokojem zjeść śniadanie. Jaskółki przysiadają na drabinie i świergocząc odpoczywają chwilę. Inne przelatują obok nich, trzymając w dzióbkach kawałki patyczków lub fragmenty mieszkanki błotnej i wlatują do budynków gospodarczych, gdzie budują swoje gniazda. Później obserwuję żółte rozwarte dzióbki wołające o jedzenie.

No właśnie. Co z tymi kotami, które Ustawa nakazuje usunąć z gospodarstw?

Co mamy zrobić z dorosłymi kotami, które mają swoje przyzwyczajenia, śpią zwinięte w kłębek, schowane między świeżymi źdźbłami słomy, a zimą moszczą się między prosiaczkami, by dodatkowo ogrzać się w blasku lampy? Mamy wyrzucić je na zimny mróz? Przestać traktować jak żywe istoty, nie dawać im jeść i mieć nadzieję, że same sobie poradzą? Mają zrozumieć, że przestajemy się nimi opiekować, bo tak postanowiło kilku panów? Mamy oddać je do przepełnionych schronisk? Ilu znajdzie się takich, którzy bezdusznie utopią te biedne istoty?
Nie bez przyczyny koty zostały oswojone i stały się towarzyszami ludzi - chroniły i nadal chronią zbiory przed myszami. To naturalne, ale dzięki usunięciu kotów zaczniemy kupować preparaty chemiczne, nabijać sakiewki koncernów farmaceutycznych i przy okazji udawać, że jesteśmy eko i bio? Nieźle.
Rozumiem, że mogą być one źródłem zakażeń, przez ich indywidualne ścieżki, ale nie możemy ich zlikwidować od tak.



Główne źródło? Dzik - niech biega.

Jak już wspominałam wyżej dziki przekraczają wschodnią granicę tworząc kolejne ogniska ASF. Niegdyś locha miała miot maksymalnie 2 w roku, który składał się z 2-4 młodych, dziś dochodzi do 3 miotów po 4-8 warchlaków każdy. Dzieje się tak przez zmiany klimatu na cieplejszy i łatwy dostęp do pożywienia, również tego, które ludzie wyrzucają w lasach. Rozwiązanie jest jedno, proste, może dla niektórych brutalne, acz jedyne skuteczne, również pod względem ekologicznym - wybicie. Regularny odstrzał jest zbyt mały, nie likwiduje odpowiedniej liczby zwierząt. Szkoda, że o tym Ministerstwo Rolnictwa milczy. Ostatnio przebąkiwali, że postawią płot na granicy.. Jak ma to pomóc, skoro choroba już się roznosi i nadal nie robi się nic, co usunęłoby dalsze zagrożenie, prócz kontroli, czy pozbyto się kotów i zakratowano okna i drzwi?
Rolnicy nie skarżą się na dziki jedynie w sytuacjach awaryjnych. Problemem są również, gdy wpadają w pola kukurydzy, ziemniaków plądrując i niszcząc to, co udało się wyhodować. Stają się problemem, kiedy podchodzą pod większe miasta i przechadzają się uliczkami dzielnic.
Często zabieramy im domy, jednak decydując się na taki krok, powinniśmy zapewnić im inny, czego zwykły, szary człowiek nie jest w stanie zrobić..

lutego 16, 2018

Beksa

Człowiek uwielbia wmawiać sobie rzeczywistość, którą chciałby żyć. Tworzy bańkę mydlaną, w której zamyka się, otacza, czuje się bezpiecznie. Zaczyna wierzyć, że jest nieśmiertelny. 

Dopiero, kiedy ktoś przebija powłokę, która na pozór ma chronić, upada z impetem. Zdaje sobie sprawę, jak słaby ma stelaż. Udaje, że to deszcz, nie łzy. Czy deszcz może padać w pokoju?

Też tak myślałam.

Mam cholernie słaby kręgosłup emocjonalny. Kiedyś próbowałam z tym walczyć, by najmniejsze słowo z ust ważnej osoby nie wprawiało mnie w poczucie winy, nie zapędzało w kozi róg, z którego nie ma wyjścia. Jakiś czas udawało się, wmówiłam sobie niezależność, kontrolę nad sytuacją. Wszystko było ładne do czasu, aż ktoś nie trafił i ominął czuły punkt. 

Ale wszystko wraca, za każdym świadomym lub nieświadomym zakrzywieniem mojego obrazu świata. Zamykam się w sobie, odwracam plecami i próbuję maskować łzy. Przeziębiłam się, dlatego ciągnę nosem. 

W tym wszystkim najgorsze jest, że maskuję te wszystkie emocje. Nie umiem wybuchnąć, ukrywam łzy, gdy patrzę na wzruszający film lub słucham muzyki, nie potrafię pokazać, jak bardzo się cieszę z kwiatów. 

Później wszyscy myślą, że jestem zimna i zbyt dumna, by spojrzeć w oczy. Sądzą, że nie potrzebuje, nie czekam na ramiona, w których mogę się schować, choć tak naprawdę wyczekuję ich codzienne, najlepiej kilka razy. Że nie potrzebuje miękkich warg na ustach, na dzień dobry i dobranoc. 

A właśnie tego najbardziej potrzebuje, jak każdy.


Copyright © 2016 lekkość duszy , Blogger