listopada 13, 2015

Poznań z innej perspektywy

Poznań z innej perspektywy
Dwa dni po 11 października, a ja dopiero zabieram się, być coś sensownego napisać. Ale to i tak chyba lepszy czas, niż paczka, którą zamówiłam przed 1, a dopiero dzisiaj dostałam informację, że odbędzie się próba dostarczenia mi jej.
Stwierdziłam w tym roku z siostrą, że Święto Niepodległości spędzimy w Poznaniu, gdzie trochę rzeczy się dzieje. Chyba dość dobrze znane są rogale z białym makiem, korowód z okazji imienin Św. Marcina i ulicy jego imieniem ochrzczonej.
W Poznaniu jestem regularnie od poniedziałku do piątku od pięciu lat, ale nigdy nie patrzyłam na to miasto z perspektywy zwiedzania, uliczek, a już tym bardziej zza obiektywu. I mocno się zdziwiłam, jak pięknie wyglądają te kamienice na zdjęciach. W sumie, to mało, kto dostrzega ile piękna i klasy może znaleźć naokoło siebie. A wystarczy się tylko rozejrzeć i choć na chwilkę zatrzymać, przyjrzeć się detalom, tym drobnostką, które nadają charakter. 
Kiepsko mi dzisiaj idzie pisanie, hmm, może przez to, że wszyscy wyjechali z domu, zostawiając mi na głowie kurierów i inne sprawy do załatwienia. Z drugiej zaś strony odzwyczaiłam się od komputera stacjonarnego. Dziwię się, że dźwięk klawiatury może tak irytować. Serio. Chyba mam jakieś dziwne maniery. Wera, coś się z Tobą dzieje. Może to przez to, że na uczelni pojawiłam się tylko dwa razy w tym tygodniu? Dobrze jest skończyć przedmioty przed końcem semestru, a jeszcze lepiej mieć ugodowych wykładowców, którzy zgadzają się na przekładanie zajęć na inne dni. A już całkiem cudownie jest mieć przyjaciół, którzy podrzucą notatki, kiedy dotarcie na wykład jest ciężkie/trudne/nie chce mi się, bo daleko. 
Chciałam napisać o tym, że można coś lepszego wymyślić na 11 listopada niż jakieś marsze, na których ludzie okładają się kostką brukową, no, ale w tym roku nie było takich incydentów. Może to i lepiej, może w końcu ktoś pomyślał, że nie warto, nie ma sensu. 
Myślałam też, że zdołam napisać coś więcej, ale zamiast skupiać się na treści, skupiam się na tym, że klawiatura głośno działa. O zgrozo.



















Kocham robienie zdjęć w tłumie. 

listopada 02, 2015

Dzień bez internetu

Dzień bez internetu
Strach. Zazdrość. Frustracja. Pęd życia na uczelni. Projekt na wtorek. Tłumaczenie artykuły na czwartek. Opracowanie na kolejny wtorek. A jeszcze gdzieś musi być miejsce na to, co sama chcę napisać. Nie, nie napiszesz. Bo, po co? Bo chciałaś komuś sprawić przyjemność? No właśnie. Pierwsze zdania przychodzą z trudem, jednak z chwilą pochłaniają i zaczynasz wyrzucać z siebie wszystkie emocje, które siedzą w środku. Tak się nie da. To nie da spójnej całości. I miałam rację. 

Chaos, który siedzi we mnie od kilku tygodni nie umie znaleźć ujścia. Plączę się z jednej części umysłu do drugiej. Wprowadza serce w drgania. I nic poza tym. Staram się miarowo oddychać, ale znów się nie da. Nie da się. Wszystko się da, ale dopiero, gdy poukładasz emocje, posegregujesz je, pochowasz do odpowiednich szufladek. I zamkniesz je, czasem na klucz, który rzucasz za plecy, zapominasz o nim. 
I w ostateczności mam pustką kartkę i okno tysiąca rozmów. I między tymi rozmowami czuję, że tracę. Tracę osobę, która w tej chwili, na tym zakręcie jest ważna. Której potrzebuję, ale on nawet o tym nie wie. Żyje w słodkiej świadomości, że nic dla mnie nie znaczy. I niech tak zostanie, niech odwiedza pracę, później znajomych, wszystkich. Niech tylko nie ma podejrzeń, co do mnie. Raz dał szanse, ja jej nie przyjęłam. Teraz nie mam prawda krzyczeć tych samych słów, które on krzyknął kiedyś za mną. 
To cud, że kiedy krzyczę w środku, mam jeszcze siłę śmiać się, uśmiechać do przyjaciół, że wszystko jest dobrze, wszystko okay. Chciałabym tyle im powiedzieć, tak dużo z siebie wyrzucić. Ale nie mogę. Nie ma na to czasu. Gonią projekty, gonią terminy. Gonią studia. Jest dobrze, prawda? A on nadal tam jest, prześlizguję wzrokiem po jego twarzy, uśmiecham się, kiedy się zawstydza. Jest. 

Kilka dni temu nie było internetu. To był najlepszy dzień pod słońcem. Najlepszy. Wystarczyło wziąć psa na zewnątrz, na szyję zarzucić aparat. Wyjść i nie myśleć. Szukać tego, co najlepsze daje ładna pogoda.
Lubię jesień, spokój, ciszę, którą przynosi. Smak startych jabłek wymieszanych z cynamonem na języku. I dźwięk stawianego na blat kubka z kakaem. Zapach świec, które się obok tlą. I każdy opadający liść, który pokazuje mi, że nasze myśli, emocje są tak ulotne, są tylko chwilą. Krótkim oddechem. Głęboko wciągam powietrze w usta. I już wiem, że będzie lepiej.Musi być. Ja wiem i wszyscy w koło. Szkoda, że tak bardzo nie pozwalam tej myśli, dojść do mnie, do mojej duszy szarpiącej się nieznośnie. 












Copyright © 2016 lekkość duszy , Blogger