Dzień bez internetu

Strach. Zazdrość. Frustracja. Pęd życia na uczelni. Projekt na wtorek. Tłumaczenie artykuły na czwartek. Opracowanie na kolejny wtorek. A jeszcze gdzieś musi być miejsce na to, co sama chcę napisać. Nie, nie napiszesz. Bo, po co? Bo chciałaś komuś sprawić przyjemność? No właśnie. Pierwsze zdania przychodzą z trudem, jednak z chwilą pochłaniają i zaczynasz wyrzucać z siebie wszystkie emocje, które siedzą w środku. Tak się nie da. To nie da spójnej całości. I miałam rację. 

Chaos, który siedzi we mnie od kilku tygodni nie umie znaleźć ujścia. Plączę się z jednej części umysłu do drugiej. Wprowadza serce w drgania. I nic poza tym. Staram się miarowo oddychać, ale znów się nie da. Nie da się. Wszystko się da, ale dopiero, gdy poukładasz emocje, posegregujesz je, pochowasz do odpowiednich szufladek. I zamkniesz je, czasem na klucz, który rzucasz za plecy, zapominasz o nim. 
I w ostateczności mam pustką kartkę i okno tysiąca rozmów. I między tymi rozmowami czuję, że tracę. Tracę osobę, która w tej chwili, na tym zakręcie jest ważna. Której potrzebuję, ale on nawet o tym nie wie. Żyje w słodkiej świadomości, że nic dla mnie nie znaczy. I niech tak zostanie, niech odwiedza pracę, później znajomych, wszystkich. Niech tylko nie ma podejrzeń, co do mnie. Raz dał szanse, ja jej nie przyjęłam. Teraz nie mam prawda krzyczeć tych samych słów, które on krzyknął kiedyś za mną. 
To cud, że kiedy krzyczę w środku, mam jeszcze siłę śmiać się, uśmiechać do przyjaciół, że wszystko jest dobrze, wszystko okay. Chciałabym tyle im powiedzieć, tak dużo z siebie wyrzucić. Ale nie mogę. Nie ma na to czasu. Gonią projekty, gonią terminy. Gonią studia. Jest dobrze, prawda? A on nadal tam jest, prześlizguję wzrokiem po jego twarzy, uśmiecham się, kiedy się zawstydza. Jest. 

Kilka dni temu nie było internetu. To był najlepszy dzień pod słońcem. Najlepszy. Wystarczyło wziąć psa na zewnątrz, na szyję zarzucić aparat. Wyjść i nie myśleć. Szukać tego, co najlepsze daje ładna pogoda.
Lubię jesień, spokój, ciszę, którą przynosi. Smak startych jabłek wymieszanych z cynamonem na języku. I dźwięk stawianego na blat kubka z kakaem. Zapach świec, które się obok tlą. I każdy opadający liść, który pokazuje mi, że nasze myśli, emocje są tak ulotne, są tylko chwilą. Krótkim oddechem. Głęboko wciągam powietrze w usta. I już wiem, że będzie lepiej.Musi być. Ja wiem i wszyscy w koło. Szkoda, że tak bardzo nie pozwalam tej myśli, dojść do mnie, do mojej duszy szarpiącej się nieznośnie. 












Komentarze