grudnia 30, 2017

Podsumowanie miesiąca: grudzień | podsumowanie roku 2017

Podsumowanie miesiąca: grudzień | podsumowanie roku 2017

Grudzień minął pod znakiem świąt i rodziny. Z wielkim żalem patrzyłam każdego dnia prosząc, by pojawił się biały śnieg i otulił puszystą kołderką świat. Niestety, za każdym razem, kiedy puch padał - następnego dnia rano nie było po nim śladu. 

Sprzątanie w takt świątecznych piosenek szybko przekształciło się w nucenie spokojnych kolęd i szykowanie Wigilii. Podzieliliśmy się opłatkiem, zjedliśmy kolację, zaśpiewaliśmy kolędy. Znalazł się czas na prezenty. Później po prostu byliśmy razem. 

Dziś przedostatni dzień 2017 roku. Ciężkiego, trudnego, ale dobrego roku. 





RODZINA

Jako, że święta Bożego Narodzenia stoją pod znakiem rodzinnych, ciepłych, pełnych miłości i u mnie tego nie zabrakło. Najpierw tylko z najbliższymi. Kolejne dni w rodzinnie kuzynek, kuzynów. Śmiech, wspomnienia ze wspólnego dzieciństwa, nawet granie w grę, która kiedyś ściągała nam sen z powiek. 

google.com
Moja rodzina należy do tych bardzo luźnych. Potrafimy z siebie żartować. Młodsi ze starszych i odwrotnie. Nikt się nie obraża, nikt nie szuka sensacji. Wspólne podawanie do stołu, wspólne sprzątanie. Bycie blisko, wzajemne wsparcie.

MIŁOŚĆ

Kiedy byłam młodsza sądziłam, że nigdy za nikim nie zatęsknię, nigdy nie będę zwracać na kogoś uwagę. W perspektywie zawsze miałam być sama - nigdy z kimś. W maju zeszłego roku to się zmieniło, a te święta były kolejnymi, w które myślami byłam nie tylko ze swoją rodziną, ale także przy Ukochanym. Tęsknota jest czasami potrzebna - przypomina, za kim i za czym tęsknimy codziennie. Za czyim śmiechem się oglądamy i kogo zapach jest dla nas najlepszy.

JA

Z końcem grudnia w końcu mogłam odpocząć i na chwilę nie przejmować się, czy nie robię czegoś źle w laboratorium. Mogłam zapalić świeczki i usiąść nad tworzeniem Bullet Journal. Grudzień był miesiącem przyjemności - nie przejmowałam się, że nie ćwiczę, nie pilnuję, co jem. Coraz lepiej dogaduję się z moimi włosami i ciałem. 

PODSUMOWANIE 2017

Na koniec krótko o mijającym roku - był ciężki, ale dobry. Po pierwsze minął pierwszy rok związku, zdążyłam obronić licencjat i dostać się na studia II stopnia. Odbyłam ciekawy i odpowiedzialny staż, który dał mi dużo nowych, ciekawych doświadczeń i znajomości. Zdarzyła się też operacja mamy, która na szczęście udała się pomyślnie, a i później wracanie do zdrowia przeszło dobrze i spokojnie. Dziękuję Wam za ogrom wsparcia, który otrzymywałam przez cały ten rok. W spokojne dni były spacery, kolacje, długie wieczory nad lampką z drinkiem. Oby i 2018 był dobry.

grudnia 28, 2017

Nowy rok - nowa Ja

Nowy rok - nowa Ja

Już niedługo Sylwester. Dzień, w który żegnamy stary i witamy Nowy Rok. Wieczór, który dla wielu staje się czymś magicznym, pojawieniem się czystej, niezapisanej, niepobrudzonej jeszcze karty w życiu. Często kojarzy się z nową szansą na stanie się lepszym i tworzenie życia piękniejszym. 


 Zwykle związane są z tym okresem nowe postanowienia. Koniec roku motywuje nas, by od nowego stać się kimś lepszym, kto ma w sobie więcej energii i zacięcia, by wprowadzić zmiany, które tym razem się udadzą. Ile jest takich, o których zapominamy już po tygodniu?

Wydaje mi się, że problem, jaki leży w braku spełniania obietnic, jest nakładanie zbyt dużej presji. Chcielibyśmy od razu być perfekcyjni, od razu biegam, nie jem słodyczy, nie ślęczę całymi dniami przed telewizorem, jestem aktywna. Biorąc to wszystko na logikę - zwyczajnie się nie da. Wszystkie zmiany powinny być wprowadzane powoli, ale dobitnie. W kolejności. 

Zadaj sobie pytanie Co najbardziej chcę zmienić w swoim życiu? Co mi przeszkadza? Z czego jestem dumna? Co mnie cieszy? Przecież postanowienia, to nie tylko katowanie się dietą czy wyrzeczeniami.  Czasem to po prostu chęć spędzania większej ilości czasu z bliskimi, nie zapominanie o ukochanym psie i poświęcenie mu większej uwagi. 

Na jednym z forów, a dokładniej na grupie dotyczącej Bullet Journal na FB przeczytałam, że spisanie obietnic zwiększa szansę na ich spełnienie o 40%. Może warto? Może coś w tym jest? Kartka w widocznym miejscu powinna zadziałać motywująco - nie zapomnimy, co postanowiłyśmy, a codzienne spoglądanie, na pewno wzmocni nas chęć poprawy.

I ostatnie - nie rób nic na siłę, nie podążaj za modą mocnego postanowienia poprawy. Jedni robią długaśne listy, inni pukają się na ich widok w czoło. Jeśli odpowiada Ci Twoje życie takim, jakim jest, to go nie zmieniaj - proste. Wymyślanie na siłę nic nie da, a dodatkowo może wprowadzić czar goryczy już na początku Nowego Roku. Osobiście rzadko kiedy robiłam postanowienia - w tym roku postawiłam na trzy. Wystarczą ;)

Z tego miejsca życzę Wam, 
by najskrytsze plany, marzenia i pomysły
snute na rok 2018,
miały lekką, przyjemną i pozytywną drogę, a
finalny efekt był zadowalający i uszczęśliwiający Was. 

Na koniec zachęcam, by śladem coraz większej liczby miast - nie strzelać sztucznymi ogniami, fajerwerkami i innymi petardami w trosce o naszych czworonożnych przyjaciół.

___

Jesteście zwolenniczkami postanowień noworocznych, czy jednak wolicie żyć bez twardych zasad? Jak planujecie spędzić Sylwestra? W domu z rodziną, czy wybieracie się na szaloną imprezę?

grudnia 22, 2017

Święta

Święta

 Środa była tym dniem, w którym moje moce przerobowe zachciały zaprotestować - strasznie nie chciało mi się iść na uczelnię. A wizja spędzenia kilku godzin przy laboratoryjnym stole dodatkowo mnie demotywowała. Jak mus to mus. Spakowałam plecak: wrzuciłam notatki potrzebne na kolokwium, dorzuciłam buty na przebranie i fartuch, który już dawno nie olśniewa swoją bielą. Wręcz przeciwnie - jest bardziej żółty i poplamiony od różnych odczynników. Sprawnie napisałam kolokwium i wspięłam się na II piętro Katedry Genetyki, nacisnęłam numer 4 i ruszyłam do laboratorium.

Już w progu przywitała mnie promotorka, siadłyśmy w labie, aż tu nagle mówi, że niestety, ale dzisiaj nie możemy ruszyć z naszym eksperymentem. Przeprosiła za zamieszanie, udała, że nie widzi radości i poczucia wolności w oczach. Wyściskała, wycałowała w policzki, życzyła spokojnych świąt i kazała uciekać do domu. Do rodziców. 
Więc mój świąteczny długi okres przyspieszy się o dwa dni. Byłam w siódmym niebie, a jednocześnie pod ogromnym wrażeniem zachowania promotorki - nie spodziewałam się, że potraktuje mnie tak troskliwie. Mogę się tylko cieszyć, że trafiłam pod jej skrzydła.
W czwartek na pół przytomna pożegnałam się na święta z Ukochanym. Spakowałam prezenty, poczyniłam ostatnie porządki, zdążyłam nawyć się z Mią i upiec spody do ciast. Choinka czeka, aż pod jej gałązkami schowają się prezenty, na dworze migocze na niebiesko ozdobiony krzew. W powietrzu unoszą się zapachy świec. Jestem w domu.

Magię świąt tworzą ludzie.  
I tego Wam życzę - spokoju, szczerego uśmiech i przyjemnych chwil w gronie Tych najważniejszych. 
Niech ten czas będzie wyjątkowy, prawdziwy i pełen dobroci.
A Ci, których kochamy, niech po prostu będą szczęśliwi, w zdrowiu. 
Czas na chwilę zwolni - wykorzystajmy  ten czas jak najlepiej potrafimy. 

Wesołych Świąt

grudnia 18, 2017

Bernard Werber: Imperium aniołów

Bernard Werber: Imperium aniołów
Michael Pinson – jeden z tanatonautów – w wyniku katastrofy samolotowej zmienia się w... anioła stróża. Musi odtąd zajmować się trzema „klientami”, jednocześniej starając się zgłębić zagadkę istot i rajów pozaziemskich. Jego nowe zajęcie to praca na pełny etat.
Miejsce zatrudnienia: Raj. Gdy mija pierwszy szok, Michael uświadamia sobie, że bycie aniołem to nie tylko przyjemności, tym bardziej że odpowiada za trzech dość upartych śmiertelników: Venus, amerykańską aktorkę cierpiącą na uporczywe migreny; Igora, rosyjskiego żołnierza i króla pokera; oraz wiecznie zatrwożonego Jacques’a. Co więcej, jego mentor, Edmond Wells, wyraźnie daje mu do zrozumienia, że jego anielskim obowiązkiem jest spełnianie wszystkich, nawet najbardziej bezsensownych życzeń podopiecznych.

  Kiedy byłam mała, jedną z pierwszych, podstawowych modlitw, jakiej nauczyła mnie mama była modlitwą do Anioła Stróża. W szkole przedstawiali mi go, jaka Anioła, który zawsze jest przy mnie. Wysłannik Boga słuchający każdej mojej prośby, pilnujący, by nie potrąciło mnie pędzące auto, bym wybrała dobrze, gdy jestem w rozterce. I jako dziecko żyło się odważniej wiedząc, że zawsze ktoś nade mną czuwa. 

Raj wyobrażamy sobie, jako miejsce idealne, nie ma w nim sporów, problemów - istna sielanka! A że to miejsce Boga, Najwyższego, to pewnie jest tam spokój i cisza. W każdym miejscu możemy się schować, by w spokoju kontemplować. Wraz z chórami Aniołów wychwalamy śpiewem tego nam Najważniejszego. I ciężko wyobrazić sobie, że Anioły mieszkają w poustawianych obok siebie domkach z dużymi ogrodami. Ciężko wyobrazić sobie coś, czego nie widać..
A gdyby na przekór okazało się, że w Niebie wcale nie jest "nudno"? Przejście do Raju odbywa się niczym licytacja? Człowiek może spotkać gwiazdy takiego formatu jak Marilyn Monroe, może podróżować i wspinać się po szczeblach niebiańskiej hierarchii? Nie musi być do końca posłuszny swojej misji, może próbować wyrwać się z impasu i poznać to, co jest jeszcze wyżej?

Głównego bohatera poznajemy podczas jego śmierci. Tam na górze, stwierdzono, że dowiedział się za dużo, bowiem zajmuje się Tanatonautyką - badaniem tego, co jest po drugiej stronie życia. I takim efektem trafia do Raju. Dzięki targowaniu się jego Anioła Stróża, podczas sądu ostatecznego, może pozostać w raju - jego dusza nie musi przejść kolejnej reinkarnacji na Ziemi. Takim sposobem zwykły, szary człowiek może zostać Aniołem Stróżem. Michael Pinson zostaje opiekunek trzech dzieci - zapatrzonej w siebie Vensu, amerykańskiej aktorki, której problemem są częste i migreny i żądza sławy; Igor - dziecko pochodzące z patologicznej rodziny, walczące o przetrwanie, rosyjski żołnierz  oraz Jacques - bojącego się życia, zamkniętego w sobie pisarza. Mistrz Michaela przestawia mu jego rolę w życiu swoich podopiecznych - ma spełniać ich życzenia i sprawiać, by zdobyli jak najwięcej punktów umożliwiających im przejście do Raju. Ale czy to jest najlepsze rozwiązanie?
Wraz z Werberem śledzimy losy trójki podopiecznych Michaela, towarzyszymy im w ich rozterkach, jednocześnie wiedząc, co dzieje się u ich Anioła Stróża, który nie zawsze solidnie przykładał się do opieki nad swoimi podopiecznymi. Micheale ma we krwi żądzę poznawania, odkrywania, dlatego przyjaciel, który wszedł z nim do Raju nie musi go długo namawiać, by odkryli, co jest nad nimi, kto jest nad nimi. Rozdarty między rady mentora, a namowy przyjaciela wyrusza na odkrywanie nieznanego, czającego się ponad Rajem. Krótka chwila w Raju okazuje się długim odcinkiem czasu na Ziemi, a czas biegnie cały czas do przodu. Trójka rosnących brzdąców popada w coraz większe tarapaty, bez pomocy z góry nie radzi sobie zbyt dobrze. Czy Michael zdąży im z pomocą? 
Żeby poznać wartość roku, zapytaj studenta, który oblał decydujący egzamin. Żeby poznać wartość miesiąca, zapytaj matkę, która wydała na świat wcześniaka. Żeby poznać wartość tygodnia, zapytaj wydawcę tygodnika. Żeby poznać wartość godziny, zapytaj zakochanego, który czeka na spotkanie. Żeby poznać wartość minuty, zapytaj człowieka, który właśnie spóźnił się na autobus. Żeby poznać wartość sekundy, zapytaj tego, kto stracił ukochaną osobę w wypadku samochodowym. Żeby poznać wartość ułamka sekundy, zapytaj srebrnego medalistę olimpijskiego.
Venus, Igor i Jacques to nie przypadkowi podopieczni. Trzej bohaterowie to trzy cechy, z którymi problem miał ich Anioł. Często nasze wybory, to odbicie naszych problemów, rzadziej sukcesów. Ich drogi splatają się, jak splatają się nasze problemy, gdy nie usiłujemy ich rozwiązać. O ich finał należy walczyć do końca.

Pierwszy raz zetknęłam się z twórczością Werbera. Początkowo miałam problem z przywyknięciem do formy, jaką objął podczas tworzenia powieści. Ogromnym atutem jest różnowymiarowość treści, spotykamy się tu ze splendorem bogactwa, operacji chirurgicznych na rzecz lepszego samopoczucia, przez problemy wojny do życia pustelniczego. Samotność w tłumie. Patologią nie możemy nazwać tylko problem związanych z przemocą cielesną, alkoholem. Nadmiar emocji, anoreksja spowodowana kłócącymi się rodzicami również jest patologią. Autor upchnął w książce aspekty tak wielu problemów, tak różnych problemów, które często pomijamy w codzienności, a mimo wszystko powieść trzyma poziom do ostatniej strony. 
Dla mnie, równie dużym plusem, co mnogość poruszanych wątków, są również odniesienia do historii, literatury i religii. Świetnym pomysłem było połączenie dogmatów wielu religii w spójną całość, co pokazuje, że w wielu aspektach religie polegają na tym samym. Różni je tylko sposób interpretacji. Książka przypadnie do gustu tym bardziej uduchowionym, jak i tym, którzy nie wierzą w Raj i Aniołki. Pochłaniając wyimaginowaną historię, chłoniemy dużo faktów z innych dziedzin, nad którymi być może nigdy nie zastanawialiśmy się. Ukazane jest, jak jeden nierozwiązany kłopot nawarstwia się powodując lawinę innych, wydawałoby się małostkowych utrapień, które w gruncie rzeczy stanowią ogromną zagwozdkę. Komplikują całe nasze życie. 

Ciężko napisać dobrą recenzję, tak dziwnej książki, przeprowadzającej nas prze tak wiele wymiarów. Na pewno godna polecenia, uderzy nas w niej to, z czym sami mieliśmy lub mamy styczność i da inne spojrzenie na aspekty, które pomijamy, bo wydają nam się tak oczywiste.

grudnia 14, 2017

Za co kocham święta?

Za co kocham święta?

Kiedy w grudniu zamykam oczy, pod powiekami pojawi się obraz Wigilii. Idealna jest ta, kiedy pada śnieg, kończymy porządki w domu, szykujemy kolację. Z głośników płyną świąteczne piosenki i kolędy, w powietrzu unosi się zapach zupy grzybowej. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy, nucę pod nosem dobrze znane wszystkim piosenki. Jest cudownie. 

W salonie stoi ozdobiona w bombki i lampki choinka, gorące kaloryfery roznoszą po pokojach zapach drzewa sandałowego, kiedy skropi się je olejkiem. Długi stół, obrus, elegancka zastawa. Wokół świece. Popołudniu Gwiazdor przynosi prezenty, trzeba czekać do wieczora, aż sprawdzimy, co przyniósł. 

Za co kochamy święta Bożego Narodzenia? 

RODZINNA ATMOSFERA

W pędzie pracy, obowiązków często zapominamy, jak przyjemnie jest usiąść z rodziną do wspólnego posiłku. Porozmawiać, pośmiać się. Wspólnie zaśpiewać kolędy. Święta to ten moment, kiedy każdy znajdzie czas, by się zatrzymać i po prostu nacieszyć się bliskością tych najważniejszych. W te święta brakować mi będzie tylko tego Jednego. Mogę mieć tylko nadzieję, że kiedyś to my zorganizujemy jedną, dużą Wigilię. 
Zapach potraw, spokój za oknem, drogi bez aut, padający śnieg. Szczere uśmiechy. 

PREZENTY

Nie chodzi o dostawanie. Chodzi o DAWANIE. Człowiek musi do tego dojrzeć i zrozumieć, że to właśnie sprawianie komuś przyjemności jest prawdziwą radością. Nie trzeba wydawać fortuny, czasem wystarczy drobiazg, mała przyjemność, by sprawić prawdziwy uśmiech i iskierki radości w czyiś oczach. A okazja świąt, tradycja, jaką są prezenty w te dni, wydaje się idealną, do spełniania małych marzeń naszych bliskich.
Samą już radość sprawia pakowanie podarunków. Uwielbiam wybierać odpowiednią wstążkę, kleić taśmą dwustronną. Nie jestem mistrzem pakowania, nie do końca opanowałam sztukę idealnego zaginania papieru, ale myślę, że dzięki temu pakunki mają swój urok. 

PIOSENKI

Jakkolwiek kiczowate, osłuchane, to jednak każdy je lubi i nuci podczas przygotowań do tych kilku dni. Są na tyle lepszej pozycji od disco polo, że nie wstydzimy się ich słuchać ;) Atakują z radia już od pierwszych dni grudnia, ale przyjemnie się kojarzą. 


FILMY

Jeśli piosenki, to i filmy. Jedni uwielbiają legendarnego w naszym kraju Kevina, tak ja nigdy nie widziałam tego filmu w całości. Ze świętami kojarzą mi się bajki o Rudolfie puszczane w telewizji w dniu Wigilii. Nie mam rodzinnego filmu, który oglądamy co roku, jednak tym razem urzekły mnie Listy do M. Nadrobiłam zaległości i obejrzałam wszystkie części. Słodki, z humorem obrazek świąt - przyjemny dla oka. Osobiście najbardziej spodobała mi się pierwsza część.

PASTERKA

Pomijając całą komercję - uwielbiam o północy, wraz z innymi ludźmi, w ciemności i ciszy czekać, aż organista naciśnie pierwsze klawisze, a z głośników wybrzmi kolęda. Kościół w mojej parafii jest magiczny, przytulny. Cały z drewna, w święta pojawiają się wysokie choinki ozdobione lampkami i własnoręcznie robionymi bombkami, w centrum stoi szopka. To na nią skierowane są oczy wszystkich.

 LAMPKI

Przystrojone domy, ulice miast. Wszystko jest urocze i kolorowe. Lubię spacery wieczorową porą, między domami, czasem uliczkami Poznania, gdzie wszystko jest rozświetlone. Nadaje to charakteru i radości ciemnym chodnikom i szarym budynkom. Życie wydaje się takie radosne, jakby wszyscy zapomnieli o zmartwieniach i chcieli na chwilę poczuć w sobie dziecko.

A wszystko to, cały ten gwar i śmiech ubrany jest w spokój i ciszę. Bo przecież to w ciszy i spokoju budzi się w nas najważniejsza z emocji - miłość. 

 

grudnia 07, 2017

Jarmark Bożonarodzeniowy we Wrocławiu 2017

Jarmark Bożonarodzeniowy we Wrocławiu 2017

Jesteśmy coraz bliżej świątecznej krzątaniny, kolejne otwarte okienka w kalendarzach adwentowych pokazują, że coraz mniej czasu zostało do ulubionego przez wszystkich święta - Bożego Narodzenia. Jak w zeszłym roku, tak i tym razem mogłam się przejść uliczkami Wrocławia. Wdychać zapach gorącego jedzenia z grilla, oglądać pierniki, rękodzieło i popijać gorącą czekoladę przy ogniu. 

Jarmark jest jednym z wydarzeń, przez które bardzo chętnie wracam do tego magicznego miasta. Między budkami możecie spacerować od 17 listopada do 22 grudnia.  Tłum ludzi, cieszący się z nadchodzących Świąt, charakterystyczne kubeczki w kształcie bucika i pełna gama smaków - od tych słodkich po słone. Oscypki, kilka pozycji grzanego wina, grillowane mięso z warzywami, czekoladowy kebab, jedzenie regionalne i wielkopolski akcent - rogale Świętomarcińskie. Magia - szczególne, gdy robi się ciemno. Migoczące lampki, świąteczne piosenki dopełniają całą atmosferę. Mimo dużej liczby ludźmi na Rynku jest rodzinnie, ciepło. Przed deszczem i zimnem można schować się w uroczych, ogrzewanych chatkach.

W końcu minął ciężki tydzień na uczelni, a ja miałam czas przysiąść do komputera i spraw związanych z blogowaniem. Dzisiaj zostawiam Was ze zdjęciami Wrocławia, a już niebawem powinien ukazać się post z dziedziny biologii. 


















listopada 30, 2017

Podsumownie miesiąca: listopad

Podsumownie miesiąca: listopad

Ledwo zdążyłam się obejrzeć, ledwo zdążyłam odciągnąć wzrok znad grobów bliskich, a już stałam na "balkonie" jednej z budek na Wrocławskim Placu Solnym. W dłoniach kubek z gorącą czekoladą z amaretto. Wcześniej zdążyłam jeszcze zarobić mandat, wejść do laboratorium z moją pracą magisterską i spędzić kilka milszych chwil. Zapraszam na podsumowanie przedostatniego miesiąca roku 2017.  

STUDIA

Praca wre. Odkąd weszłam do laboratorium wolne dni i godziny po planowych zajęciach spędzam nad moimi adipocytami (hodowla komórek tłuszczowych in vitro). To dopiero początki, ale powoli przyzwyczajam się, że stół laminarny, to mój przyjaciel, choć nigdy wcześniej z nim się nie lubiłam. Dzisiaj za to ponad 2 godziny na przemian kucałam i wstawałam pracując nad szkiełkami. Miał mnie boleć łokieć, ale bardziej poczułam pracę w kolanach. Dodatkowo pełno pracy do prezentacji i seminarek.

MIŁOŚĆ

 Po prostu kwitnie. Wspólny wyjazd do Wrocławia, spacery po Poznańskim Betlejem, śmiech, przytulanie. Jest mi dobrze, czuję się świetnie, mam nadzieję, że obie strony to czują.  Jutro kolejny miesiąc za nimi. Po prostu życzę nam kolejnych tak cudownych chwil. Wsparcia, czułości i miłości. 

BLOGOWANIE

Miałam pisać więcej, ale z obiecywania sobie, wyszło jak zwykle. W tym miesiącu obchodziłam 2 lata bloga - mogę się tylko cieszyć jak rozwinęłam skrzydła w świecie blogowym. Już na dniach powinnam pokazać Wam zdjęcia z Jarmarku.

JA

Miałam się ciut więcej ruszać, ale za to bardziej przypilnowałam się z jedzeniem słodyczy. Świetnie sprawdza się Bullet Journal w motywowaniu się, do dbania o posiłki i ogólnie o życie. Ostatnio znowu musiałam odłożyć książkę w zamian na naukę statystyki, ale mam nadzieję, że już niedługo zabiorę się za kolejne lektury.

Zostawiam Was z piosenką, która umilała mi ostatnie dni:


listopada 21, 2017

Zły/dobry dzień, chwila ze mną

Zły/dobry dzień, chwila ze mną

Życie jest jak karuzela, koło fortuny. Raz jesteśmy na górze, raz na dole. Czasem nie potrzeba wiele, by było dobrze, wystarczy na chwilę zapomnieć.
Spacer pomiędzy budkami ustawionymi na Poznańskim Betlejem, zapach smażonej kiełbasy, warzyw, pajdy chleba i parzące wargi wino grzane. Jarmark Bożonarodzeniowy nieprzyzwoicie wcześnie odwiedziłam, kolędy i  świąteczne piosenki nie wtrąciły mnie w szał świąteczny, ale na pewno pozwoliły na chwilę zapomnieć o zmartwieniach.

Bo kiedy wydaje nam się, że dzień jest do kitu, przychodzi taka rzecz, która dorzuca nam kolejne kamienie pod nogi.
 W poniedziałek wstałam lewą nogą -  nie czułam, że dzień będzie kiepski, lecz jednocześnie nie sądziłam, że zakończy się wściekłością, mandatem przez popsuty biletomat i gonitwą za rozwiązaniem sprawy. Jako uczciwa osoba zawsze mam kupiony bilet w komunikacji miejskiej, więc kiedy skończyła się miesięczna sieciówka zwyczajnie poszłam do biletomatu i wykupiłam kolejny miesiąc, transakcja przebiegła pomyślnie, mogłam wrócić do szarej codzienności i wbić się w tłum innych podróżujących. Dopiero, kiedy wracałam z uczelni i podałam kontrolerowi bilet, że biletu nie ma, znaczy jest, ale na grudzień. Zmarszczyłam brwi, wyjaśniam, że kupiłam, pokazuję pokwitowanie. Niech Pani to wyjaśni w obsłudze klienta. Co z tego, skoro i tak dostałam mandat za brak ważnego biletu? Wściekła na siebie, że nie sprawdziłam czy wszystko jest okay, na biletomat, który działa, ale niepoprawnie powędrowałam do obsługi klienta. Za mandat i dodatkowy bilet (nie można przesunąć okresu ważności tego, który jest źle nabity) zapłaciłam 180 zł. Odwołanie złożyłam - czekam na finał. Miałam ochotę się rozryczeć, czułam się ja złodziej. Pierwszy raz odkąd poruszam się po Poznaniu, tj. ponad 6 lat trafiła mi się taka sytuacja. 
I może dobrze, że poszłam na Jarmark, zanurzyłam usta w winie, nie siedziałam w domu, nie bombardowałam się myślami, nie obwiniałam. 

Ostatnio moim ratunkiem w dni, kiedy jestem przybita są spacery. Idę ze słuchawkami w uszach, drażnię błonę bębenkową starą, dobrą muzyką i głęboko oddycham mijając kolejnych ludzi, kamienice i uliczki. 

Jak Wasze przygotowania do świąt? Jestem zaskoczona, że w centrach handlowych nie ma jeszcze wesołych dzwoneczków, wystawy sklepowe powoli zapełniają się kolorowymi prezentami, ale o dziwo w holach brak jeszcze wystawców bombek, ozdób na choinkę i pierników. Nie mam jeszcze żadnego prezentu, mam coś wymyślone, ale nie mam chęci biegać po sklepach. 

W sobotę jedziemy do Wrocławia - tam to dopiero jest Jarmark. Może Wroclove wzbudzi we mnie magię świąt, wszak pozostało do nich 33 dni, choć z drugiej strony wiem, że te święta nie będą szczególnie wesołe, ale o tym napiszę innym razem.

listopada 17, 2017

Retro Moto Show

Retro Moto Show

Już jest lepiej, od początku tygodnia czułam, że to nie będzie mój tydzień. Coś w środku podpowiadało mi, że będzie kiepsko, coś się stanie, co zdołuje mnie lub wprawi w kiepski nastrój. Najpierw stawiałam na systematykę, która nie poszła mi tak, jakbym chciała, później nie podobało mi się moje żywienie i kolokwium z inżynierii genetycznej. Przez to też czułam niechęć, by cokolwiek publikować. Nie lubię blogować na siłę, wydaje mi się, że od razu to widać. 

Bardzo ciężko robi się zdjęcia, kiedy przed obiektywem co chwilę pojawiają się czyjeś plecy, a z tyłu co jakiś czas ktoś obija się o nas, tym samym wyrzucając z równowagi, która z kolei wiąże się z ostrością fotki. Jednak myślę, że kilka zdjęć nadaje się do publikacji.

Nigdy specjalnie nie lubiłam się z motoryzacją, nie interesuje mnie budowa silnika, poszczególne marki rozpoznaję, ale już totalnie nie wiem nic o modelach. Patrząc na auto mogę ocenić, czy mi się podoba, a nie stwierdzić ile z niego wyciągnę - typowo babskie podejście. Mimo wszystko z ochotą wybrałam się na tegoroczne Retro Moto Show, by zrobić zdjęcia - już dawno nie miałam okazji bawić się apartem. 




















Mimo, że nie jestem fanką motoryzacji, to wyjście na to wydarzenie było ciekawym doświadczeniem, dzięki któremu mogłam przekonać się, że z autami jest podobnie jak z muzyką - im głębiej w historii, tym lepsze emocje wywołują. To zupełnie inny klimat.

listopada 09, 2017

Okja - walka o konsumenta za wszelką cenę

Okja - walka o konsumenta za wszelką cenę
Film opowiada historię Miji, młodej dziewczyny, która zrobi wszystko, by powstrzymać potężną międzynarodową korporację przed porwaniem jej najlepszego przyjaciela — ogromnego zwierzęcia o imieniu Okja. Ten komediodramat o dorastaniu opowiada o podróży Miji przez kontynenty, poszerzaniu swoich horyzontów oraz zmaganiach z brutalną rzeczywistością, pełną eksperymentów nad genetycznie modyfikowaną żywnością, globalizacji, ekoterroryzmu oraz ludzkiej obsesji na punkcie wizerunku, marki i autoreklamy.
Jak daleko potrafią posunąć się korporacje w walce o większe pieniądze? Codziennie wystawiani jesteśmy na kłamstwa. Reklamy prześcigają się w zachęcaniu nas, ba wręcz informowaniu nam, że bez ich produktu nie jesteśmy w stanie przeżyć. Z mózgu próbują zrobić nam papkę, która ufnie wchłonie każdą bzdurę, którą zafunduje nam PR. Myślę, że właśnie to chce nam pokazać film - chce udowodnić, że za pięknymi słowami, kampaniami reklamowymi, kosztującymi ogromne sumy, pojawia się tylko jedno - PIENIĄDZ.

Dziewczynka imieniem Mija razem ze swoim dziadkiem w wysokich górach, w tradycyjny sposób wychowuje superświnkę stworzoną przez Amerykańskie konsorcjum Mirando Corporation. Korporacja chce stworzyć "najlepsze" mięso dla swoich konsumentów. Oczywiście firma zarzeka się, że zwierzęta nie powstała przez GMO, którego tak bardzo ludzie się boją. W ckliwy, przesłodzony sposób Okja staje się gwiazdą firmy. Opuszcza swoją najlepszą przyjaciółkę, zostaje brutalnie wyrwana ze środowiska i przeniesiona do miasta. Mija postanawia podążać za swoją superświnką i zawalczyć z bezdusznymi ludźmi, goniącymi za pieniędzmi o los zwierzęcej koleżanki. Bohaterka zderza się z brutalnym światem XXI wieku, gdzie emocje i czucia skasowane są z twarzy pracowników i właścicieli Mirando Corporation. W pogoni za Okją startują również środowiska walczące z brutalnymi korporacjami. Ich ruchy mają pomóc czworonożnej postaci, jednak jeszcze bardziej komplikują jej los. Zwierzę jest brutalnie traktowane, widzimy jak szalony, uzależniony od alkoholu "profesor" testuje Okję - sceny okrutnego znęcania się ściskają serce, ma się ochotę odwrócić wzrok i uderzyć imbecyla w głowę. Odwet Miji zaprowadza ją pod rzeźnie, przed oczyma dziewczynki pojawiają się brutalne sceny ubijania superświń na produkty mięsne. Obraz rozpaczy, strachu i złości zdaje się nie mieć końca, palący ból gardła nie chce ustąpić, a kolejne krzyki strachu zwierząt nie cichną. Na szczęście nastolatce udaje się wrócić w towarzystwie superświnki do domu.

Film jest brutalny, lecz wymieszany ze scenami wręcz komicznymi, razem tworzą wspólną całość, która w bardzo wyraźny, wręcz jaskrawy sposób ukazuje działanie korporacji i podatność ludzi na reklamę oraz ich podejście do innych istot, takich jak zwierzęta gospodarskie. Rykoszetem dostają również organizacje walczące o prawa zwierząt, które nie zawsze potrafią wykazać się dobrym działaniem, a często zapominające, jaki jest ich główny cel. Kino wywołuje mieszane uczucia, z jednej strony brutalność, z drugiej zaś strony głosy podpowiadające, że aż tak źle zwierzęta nie są traktowane. Na pewno warto obejrzeć, by dostrzec co stoi za uśmiechniętą reklamą. Dobrze wiem, że nie tylko ból i cierpienie zwierząt, ale także ludzi pozwala nam chodzić na zakupy do H&M czy Zary. Ten problem nie dotyczy tylko przemysłu spożywczego.
Dodatkowym aspektem pojawiającym się w filmie jest przyjaźń między człowiekiem a zwierzęciem. Nie tylko psy, koty, chomiki i króliki potrafią zaprzyjaźnić się z człowiekiem. Świnie to bardzo inteligentne i towarzyskie zwierzęta - jeśli ktoś miał styczność z tymi ssakami doskonale zdaje sobie sprawę, że równie dobrze przywiązują się do człowieka i środowiska jak pies czy kot.

Niby oczywiste kadry, a jednak tak nasycone emocjami, że warto po nie sięgnąć.

listopada 02, 2017

2 lata blogowania

2 lata blogowania
pinterest.com

Z samego rana przywitał mnie szary dzień, deszcz rozbijał się o szyby, a humoru nie dodawała myśl, że na kolejne dwa dni rozstanę się z Damianem. Ubrałam się, spakowałam dla niego jedzenie do pracy, przegryzłam chrupki chleb, upieczony przez mamę, odgrzany w tosterze, popiłam szklanką wody, powiesiłam pranie i z ciężkim zapałem usiadłam do liczenia statystyki. Kolokwium samo się nie napisze, przerwa na obiad i zabawę z Mią. Zerknięcie w Bullet Journal - jutro spotkanie z Zosią, na które tak bardzo się cieszę. No i dzisiaj wybiły dwa lata odkąd jestem tutaj i przelewam myśli na słowa.

Pamiętam, że dwa lata temu, tego dnia chodziłam po ogrodzie, grzałam się w jesiennym słońcu i robiłam zdjęcia. A dziś jest okropnie. Nie zdążyłam się obejrzeć i już jest ciemno. 
Blog bardzo ewoluował i wiele mnie nauczył, w pewnym sensie ukształtował. Początkowo pisałam tylko dla siebie, dopiero w styczniu 2017 zaczęłam żyć w świecie blogów pokazując się szerszej publiczności. Dziś mamy listopad, a ja coraz pewniej i lepiej czuję się w świecie wirtualnych słów, które za chwilę nie znikną. Cieszę się, że nie popełniłam błędu, który robi wiele początkujących autorów - obs za obs. Nie mam teraz w obserwatorach "pustych kont", które jedynie proszą o klikanie, by dostać kilka darmowych ubrań z Chin, a mam osoby, które chętnie mnie czytają. Nauczyłam się dociekać problemów, szukam i czytam artykuły, które przy tworzeniu postów, przydają mi się w życiu, na uczelni. Łączę przyjemne z pożytecznym. No i zawsze, co jest dla mnie samą przyjemnością, szlifuję swój język i styl. Jak już stwierdzę, że chcę napisać książkę, to będę wiedziała jak się do tego zabrać ;)

 Ogromnie dużo zmieniło się podczas tych dwóch lat i  jestem bardzo zadowolona, jak moje życie ze smutnego, ponurego przemieniło się w coś, co potrafię docenić, każdą dobrą chwilę i ładować baterie tym, co pięknego mnie spotyka. I najlepsze jest w tym wszystkim to, że do sporej części takich chwil mogę wrócić i skosztować ich jeszcze raz

Zrobiłam sobie spacer po moich wpisach, dostrzegłam jak były smutne i pełne goryczy, szukałam swojego miejsca, chciałam zrozumieć siebie i poczuć, że lubię patrzeć w lustro. I wydaje mi się, że blog mi pomógł - nauczył doceniania życia. Wyciągnął ze mnie radość, którą kiedyś miałam, a którą zagrzebałam głęboko w sobie.

Dziękuję więc dzisiaj, że od stycznia doceniacie moje posty i mam nadzieję, że jeszcze lepiej rozwinę skrzydła. 

♡ ♡ ♡ 


października 31, 2017

Podsumowanie miesiąca: październik

Podsumowanie miesiąca: październik

Październik to chyba pierwszy miesiąc, w którym czas nie śmignął mi tak całkiem szybko. Miesiąc pięknych, długich spacerów, spoglądania na spadające liście, otulania się w ciepły sweter i zmian na głowie. 


STUDIA
Wydawało mi się, że będę miała więcej czasu, skoro zajęcia upchnięte mam w poniedziałek i wtorek plus jedne zajęcia w środę, a więc będę miała też więcej czasu na bloga. Niestety wszystkie plany okazały się mrzonką. Od początku zaczęłam szukać miejsca dla siebie, gdzie napiszę magisterkę. Decyzja musi być przemyślana, praca musi być eksperymentalna. Chciałam połączyć mikrobiologię z genetyką, jednak zostałam nieco olana przez potencjalną promotorkę. Podcięło mi to trochę skrzydła,  jednak już znalazłam dla siebie miejsce w genetyce - trochę z polecenia, trochę z instynktu. Promotorka wydaje się o wiele przyjemniejsza i bardziej skuteczna w dogadaniu się. Czekam tylko na propozycje tematów - mam nadzieję, że pojawią się do końca tygodnia. 
Poprawiła się też sytuacja z ludźmi, może nie jest najlepiej, lecz widzę wyraźną, pozytywną zmianę.

RODZINA

Zdecydowanie więcej rozmów, kiedy za oknem ciemno. Więcej uśmiechu. Na początku miesiąca wraz z siostrą i kuzynkami byłyśmy odwiedzić nowe pokolenie naszej rodziny. To duże wydarzenie, kiedy pojawia się mały człowiek na świecie. A niedawno, jako dzieci, buszowaliśmy w polu kukurydzy, dziadek ganiał za nami, byśmy nie poniszczyli plonów. To ogromne szczęście mieć dużą, zgraną rodzinę. Razem dorastaliśmy, mieliśmy z kim się bawić, a teraz obserwujemy pierwsze małżeństwa, zaręczyny, dzieci.

MIŁOŚĆ

 Czasami mam pewne załamania - szukam problemów w sobie i moim zachowaniu. Wtedy milczę, czasami płaczę. Na szczęście, kiedy dochodzę do siebie jest już lepiej, nie ma cichych dni i spięć. Wspólne wyjście, spacer, kawa.


BLOGOWANIE

W październiku totalnie zaniedbałam pisanie i czytanie blogów, które obserwuję. Miałam w sobie niechęć, zwyczajnie - nie miałam ochoty pisać i czytać. Mam zamiar nadrobić zaległości w komentowaniu i pisaniu. Miałam napisać o kosmetykach, jednak po zapisaniu się na FB do grupy o kręconych włosach, stwierdziłam, że powinnam obrać nieco inne podejście do świadomej pielęgnacji włosów. Dlatego też nie napiszę w najbliższym czasie o tym, zrobię to, gdy sama ze sobą dogadam się czego chcę od moich włosów. W listopadzie miną dwa lata od stworzenia bloga - myślę, że warto coś ciekawego stworzyć z tej okazji.

JA

Zebrałam się w końcu w sobie i ścięłam włosy, na następny dzień zamówiłam popularną wcierkę na porost włosów i bardziej zaczytałam się w kwestii dbania o pukle. Przewartościowałam pewne aspekty i mam nadzieję, że powoli wdrążę to, co wydaje mi się najlepsze. W końcu też opanowałam swoją cerę, a dokładniej brodę, z którą męczyłam się długi długi czas przez nabiał. Wyeliminowałam go prawie całkowicie i powoli znikają problemy ze skórą. Byłam podłamana psychicznie, gdyż zawsze miałam świetną cerę, nad którą wiele osób się rozwodziło, jak świetna jest. I tu nagle boom. Okazało się, że coś jest nie halo, a raczej całkiem normalnie halo z moją cerą i muszę pożegnać się z ulubionym nabiałem. Odważyłam się nawet zjeść tofucznice - polecam ;)


Jak minął Wam październik? Oby listopad nie od razu rzucił nas w wir świąt, choć tego się obawiam. Im szybciej zaczynają, tym bardziej psują atmosferę
Copyright © 2016 lekkość duszy , Blogger