lutego 27, 2017

Podsumowanie miesiąca: luty

Podsumowanie miesiąca: luty
Luty żegna się z nami wybornie - z murów uczelni wyszłam z rozpiętą kurtką, na pięknie słońce, 12ºC, a lekki wiaterek rozwiał mi włosy. Idealna pogoda na długi relaksujący spacer, muszę przemyśleć tę opcję. Z racji, że miesiąc ten zwykle nie gości u nas długo, w tym roku tylko 28 dni postanowiłam się już dzisiaj z nim rozliczyć. 


Życie rodzinne


Luty przede wszystkim przeminą pod znakiem szpitala i operacji mamy, jednak rozpoczął się pozytywnym akcentem, mianowicie tata w końcu kupił sobie i mamie nowe auto, które zastąpiło wysłużoną już "Kasztankę", jak to zwykł mówić tata. Pięć dni z lutego spędziłam też u Dziadków mojego Ukochanego, gdzie czas nieco zwalnia i człowiek zwyczajnie ładuje akumulatory. Mimo, że widzieliśmy się trzy razy, czuję się między nimi dobrze. Są na mnie otwarci i bardzo ciepło mnie traktują, mam więc nadzieję, że zwyczajnie im przypasowałam, jako dziewczyna ich wnuka i syna.
Kiedy mama trafiła do szpitala z siostrą przejęłyśmy jej obowiązki, byłyśmy na to przygotowane, dlatego zgodnie starałyśmy się wszystko, co trzeba zrobić. Codziennie też odwiedzaliśmy mamę w szpitalu, jednak wtorkowe odwiedziny zapamiętałam najbardziej o czym piszę tutaj
Z nieco innych rzeczy - pierwszy raz skosztowałam smoczy owoc, myślałam, że lepiej smakuje. Teraz kiedy mama jest już w domu gotuję często zapomniane dania, których bardzo dawno nie jadłam. Za przykład niech posłuży zwykły kisiel - nie pamiętam kiedy ostatnio go jadła. Nie jest to ani zbyt zdrowe, ani pożywne, jednak od czasu do czasu bardzo smakuje. I jest lekkostrawne, co jest ważne w przypadku mamy. 


 Ostatni weekend lutego spędziłam na odpoczynku i zabawie - byliśmy w klubie, wytańczyłam się, wyrzuciłam złe emocje. Jak się tańczy, wszystko gdzieś ulatuje, człowiek wypełnia się endorfinami i jakoś nie da się złościć. 

Miłość


W tej kwestii nadal  jest u mnie sielsko anielsko. Luty mija zwykle pod znakiem miłości ze względu na Walentynki. Miłość należy okazywać sobie codziennie przez drobne gesty, jednak dodatkowy buziak i mały prezent tego dnia nikomu krzywdy nie zrobi. Istnieją miłośnicy i przeciwnicy tego święta (mam wrażenie, że w większości jednak są  ludzie antywalentynkowi), jednak uważam, że jeśli nie robi się z tego dnia miłości "szopki", to jest to przyjemne święto. By było mile spędzone nie trzeba naręczy kwiatów, drogiego prezentu i jeszcze droższej kolacji dla dwojga. Wszystko jest kwestią gustu. Ważne by kochać, na co dzień  i szczerze. 


Uczelnia


Dla wielu studentów luty to walka z sesją i egzaminami sprawdzającymi naszą wiedzę. Pilnujemy ostatnich terminów kolokwiów na laboratoriach, ćwiczeniach, by otrzymać ocenę i bez problemów podejść do sesji. Mój semestr zakończyłam w tym roku z dobrymi efektami, wszystko pozdawałam w czasie terminów, sesję również zdałam za pierwszym podejściem. W całym procesie nauki wspierał mnie mój Anioł, dodatkowo dostarczając mi energii w postaci pysznych kolacji i deserów. Udało się również zamknąć sprawę z dziennikiem praktyk, z którym nie mogłam dotrzeć do koordynatora. Dzisiaj rozpoczęłam nowy semestr. Co prawda nie jestem zachwycona planem - wychodzę na uczelnie dość późno i tak też z niej wracam, ale poniedziałkowe zajęcia zapowiadają się ciekawe. W ramach rekompensaty za nieciekawe godziny zajęć mam środę i piątek wolny. 
Dzięki dłuższemu wolnemu zdołałam nadgonić pracę licencjacką, coraz łatwiej mi się ją pisze, a czas wywołuje presję pisania. Mam jeszcze sporo czasu, ale samo się nie napisze, a że mam trudny temat, jeszcze dobrze nie jest zbadany i wyjaśniony, to mam dużo szukania i dociekania. 


Blogowanie


W tym miesiącu napisałam 8 (razem z dzisiejszym podsumowaniem) postów. Wydaje mi się to ładną liczbą, nie za dużo, nie za mało. Największą popularnością cieszył się tekst o niewolnictwie XXI wieku. Niemniej jednak dla mnie najważniejszym tekstem jest ten o histerektomii. Odważyłam się też na publikację kolejnej mojej prozy (która wydaje się być na pierwszy rzut oka erotykiem, a wcale nim nie jest). Dalej czuję ogromną chęć pisania.

Ja osobiście


Obiecywałam sobie, że w tym miesiącu wrócę do ćwiczeń, jednak sytuacja z mamą nieco mnie wyczerpała i zamiast ćwiczyć, wolałam się relaksować przed laptopem. Dodatkowo troszkę mniej zwracałam uwagi na to, co jem, jednak od kilku dni już wróciłam na dobrą stronę mocy. ;) Ponownie staram się wyeliminować mniej zdrowe jedzenie, a dzisiaj w końcu przebiorę się w dres i zrobię sobie trening - dziś już nie odpuszczam. Trzeba wejść w marzec z dodatkową siłą i motywacją.

lutego 24, 2017

Szaleństwo

Szaleństwo
 pisane w rytm ♫♫♫
  
http://www.loveit.pl/love/1013826
Trucizna wcale nie musi być gorzka, nie musi pozostawać na języku gorzkiego posmaku, który zacznie powoli zmuszać Cię do odmierzania sekund do Twojego końca. Trucizna może być słodka niczym truskawka dojrzewająca powoli w porannym słońcu – dobrze znasz jej smak, jednak za każdym ugryzieniem jest tak samo dobra, tak samo pyszna. I zajadasz się nią tak długo, aż nie nasycisz głodu.
Mój głód był tak samo mocny. Pragnęłam tego z każdej możliwej strony, czekałam na dni, kiedy mogę się nasycić, zajadać powoli moją truskawką. Czułam wtedy, że to do mnie należy władza, patrzyłam na niego z pożądaniem, przez ciało przechodziły mnie ciarki, gdy słyszałam jego coraz głośniejszy szept i błaganie bym dokończyła dzieła, jego płuca rozrywały spazmy, gdy czekał zniecierpliwiony. Ale ja wcale nie chciałam kończyć. Nigdy nie robiłam tego, czego chciał. Nigdy.
Bawiłam się, nachylałam nad uchem i szeptałam najczulsze słowa, jakie znałam. Drażniłam skórę karku ciepłym oddechem, dotykałam mokrego od potu czoła i zmuszałam by spojrzał w moje oczy. Zwykle jego źrenice lekko się rozszerzały, dostrzegałam iskierkę strachu. Dopiero wtedy wyjmowałam moją małą, zimną zabaweczkę, której wszyscy tak się bali. Uśmiechałam się doń przekornie i rozpinałam kolejne guziki koszuli, które odsłaniały jego spocony tors. Chłód metalu sprawiał, że skóra zaczynała drżeń, a na ramionach pojawiała się „gęsia skórka”. Sunęłam w dół do pasa, pchnęłam lekko ręką przed siebie, ciało lekko uniosło się. Zachichotałam, a spomiędzy jego zmęczonych warg wydarł się jęk.
- Skończ to już. Błagam – usłyszałam nagle.
- Jakbyś chciał? – Przysiadłam na jego kolanie przeciągając paznokciami po nagiej skórze ramienia, ale nie doczekałam się odpowiedzi.
Przygryzłam jego dolną wargę naciągając ją lekko. Odeszłam kawałek przyglądając się jego twarzy, był przystojny, miał ostro zarysowaną dolną linię żuchwy, wyraźne policzki. Szeroki lekko zadarty nos, ciemne, bursztynowe oczy. Idealnie przycięte kasztanowe włosy opadały mu teraz w nieładzie na czoło, skórę policzków pokrywał trzydniowy zarost. Przez chwilę poczułam ukłucie wyrzutów sumienia. Szybko zagasił go mój głód. Pragnęłam go, jak niczego innego. Już teraz jego ból sprawiał mi satysfakcję, jednak potrzebowałam więcej. Związane, pociągnięte do tyłu ręce, spętane nogi nie wystarczały. Chciałam jeszcze więcej. Szarpał się momentami zadając swojemu ciału kolejne, małe cierpienia.
Wzięłam głęboki oddech i wyciągnęłam przed siebie moją zabaweczkę, kiedy pociągnęłam kciukiem kurek, który charakterystycznie szczęknął, co przykuło wzrok mojego towarzysza. Kolejny raz rozciągnęłam usta pokazując mu rząd białych zębów. Wycelowałam prosto w serce, jakby mężczyzna przede mną był tarczą, a serce środkiem celu. Czułam powoli narastającą satysfakcję, byłam coraz bliżej szczytu, żeby go zdobyć wystarczyło jedno pociągnięcie palca. Ale ja lubiłam rozkoszować się chwilą, kiedy ekscytacja powoli wspina się sięgając zenitu. Przymykam oczy, kolejna taka przyjemność nie zdarzy się tak szybko, zatrzymuję na chwilę powietrze w płucach, a wraz z wypuszczeniem go przez usta pociągam za spust. Pocisk wypada z lufy, na końcu drogi natyka się na opór klatki piersiowej, ale radzi sobie z nią, przepycha się między tkankami by dotrzeć do celu – rozrywa mięsień sercowy. Nic nie słyszę prócz wzrastającego tętna, które zagłusza zewnętrzny świat. Moje oczy rejestrują plamę krwi wokół rany. Czuję ulgę, czuję spokój i spełnienie, jakbym osiągnęła jedno z największych marzeń. Plejada rozkoszy przeszyła moje ciało. Rzuciłam na ziemie pistolet, na ramiona zarzuciłam kurtkę, która wcześniej wylądowała na kanapie. Ruszyłam do drzwi, cicho je zamknęłam za sobą i ruszyłam w ciemność, zostawiając za sobą przeszłość. Całą magię, która działa się za drzwiami. Nasyciłam się, ale nie na długo.
__ 

Postanowiłam troszkę rozpisać swoją wyobraźnię, by nie atakować jej tylko mikroorganizmami naszego przewodu pokarmowego. Mam nadzieję, że całkowicie nie straciłam formy :)

Jeszcze raz dziękuję za każde ciepłe słowo skierowane do mojej mamy - czuje się coraz lepiej, powoli, małymi kroczami dochodzi do siebie.

lutego 23, 2017

D.

D.

Dzisiaj nieco prywaty, ale chyba mogę sobie raz na jakiś czas pozwolić. Zwłaszcza, że Anioł siedzi teraz gdzieś tam w Poznaniu, w którymś z licznych pubów sącząc ze znajomymi imieninowe piwo. Miało być jedno. Ale to nic. 

Nie jestem dobra w składaniu życzeń. Tak jak w wielu innych rzeczach. Tak jak mówienia na głos wielu ważnych słów. Bo często wydaje mi się, że mogę wydawać się dziecinna, mogę wydać się tak oczywista w swoich słowach, że wcale nie trzeba tego mówić. Ale czasem po prostu trzeba. Bo te proste zdania mają moc. Przynajmniej dla mnie. Dlatego tak często urealniam je słowem pisanym.

W życiu każdego człowieka przychodzi jeden moment prawdziwej miłości. - Mitch Albom – Pięć osób, które spotykamy w niebie

Ludzie są jak puzzle, czasami z pozoru do siebie pasują, jednak nie tworzą ostatecznie dobrego obrazu. I wiele razy byłam prawie dopasowana. Ale to chyba było zwykłe wmawianie sobie, że pasuję, bo zwyczajnie chciałam pasować. Chciałam tylko ja, wmawiałam sobie, że to ja muszę się zmienić, tylko ja muszę się naprawić. 

Kiedy byłam już tak daleko, że uciekałam od każdego, kto chciał się do mnie dopasować, stawał się natrętny pojawił się ktoś taki jak Ty. Do kogo chciałam od razu uciec, schować się w ramionach. Chciałam i jednocześnie się bałam. Z drugiej strony coś cały czas mnie pchało, mówiło idź. Nie chciałam być marionetką, a jednocześnie najbardziej na świecie chciałam kolejny raz stworzyć swoją bajkę. Prawdziwe bajki bogate są w każdą emocję, tą negatywną i pozytywną, byłam na to gotowa, pierwszy raz. Chciałam pierwszy raz świadomie zaryzykować.
I wiesz co?
To był najlepsze. 

Dziękuję, za każdą chwilę, każdy moment, kiedy ja nie jestem pewna, ale Ty wiesz, że to jest to. Wiesz, że się uda. Po prostu dziękuję. 

- jeśli ktoś nie zna, to warto zapoznać się z ich twórczością 

 __

znów mam ochotę zmienić wygląd bloga :x nie lubię tego w sobie - wiecznie chcę zmieniać

lutego 21, 2017

Odpłynęłam czyli moje zetknięcie z omdleniem

Stałam sobie ze spokojem w kącie szpitalnego pokoju, przeglądałam zawartość internetu czekając aż mama wróci z toalety, gdzie z pomocą mojej siostry odświeżała się spokojnie. Kobieta leżąca razem z mamą rozmawiała spokojnie przez telefon. W końcu zaskrzypiały białe drzwi, zza których wyłoniła się najpierw siostra z kosmetyczką i ręcznikiem, by za nią, szurającym krokiem, w wygiętej pozie, próbując pewnie przybrać jakąś wygodną pozycję wyszła mama. I jakoś tak.. Podeszła, przysiadła na łóżku - wyglądała dobrze, jak po takim zabiegu, cerę miała rumianą, nie bladą, włosy ładnie uczesane, usta wygięte w mały grymas bólu. Nie wyglądała najgorzej. Wolnym tempem wsunęła się na łóżko, podparła głowę poduszką, okryła się kołdrą. Poczułam się nagle źle. Zabolał mnie brzuch, ale to nic nadzwyczajnego, kilka ciastek czekoladowych, których powinnam unikać wymieszanych ze stresem o mamę. Wróciłyśmy do rozmowy, o tym, że była u niej jej Pani doktor prowadząca, że operacja się udała, wszystko jest dobrze, mama dostanie plastry z hormonami, a w czwartek najprawdopodobniej wyjdzie do domu. I nagle znów przeszła mnie fala bólu, przed oczami pojawiły się mroczki - charakterystyczne dla mnie, wywołane np. szybką zmianą pozycji. Chwyciłam się ręką parapetu, przeczekać chwilowe zamglenie. Jednocześnie staram się normalnie prowadzić konwersacje z siostrą, mamą i Panią leżącą w łóżku obok, ale słyszę je coraz słabiej, jakby z oddali. W myślach już powtarzam, że zaraz wyjdę do toalety, opryskam twarz wodą i wszystko wróci do normy. I to jest ostatnia myśl, która utkwiła mi w głowie. 
Świadomość odzyskuję po jakiejś chwili, przed oczami mam ciemność, słyszę tylko ciepły głos siostry: Oddychaj głęboko, oddychaj głęboko. W panice próbuję wykonywać zalecaną czynność, ale cały czas mam wrażenie, że biorę ostatni łyk powietrza. Później zaczynam odbierać bodźce fizyczne, czuję ręce siostry przytrzymujące mi głowę, dostrzegam kontury szpitalnego łóżka i stolika stojącego tuż obok. Widzę mamę, pyta Czy już dobrze? Nie wstawaj, poleż jeszcze. Jesteś blada, zaraz dojdziesz do siebie. Resztę wizyty spędzam siedząc na ziemi, próbując się w miarę uspokoić i wrócić do rozmowy. Nie wiem ile tak leżałam, ale dopiero po dłuższym czasie do pokoju wchodzą dwie pielęgniarki - pytają czy czegoś nie trzeba, patrzą na mnie, uśmiechają się i pytają czy już okay. Tak, już tak.

Pierwszy raz w swoim życiu totalnie straciłam panowanie nad swoją powłoczką, jaką jest moje ciało. Bardzo nie przyjemne uczucie. I wydawać by się mogło, że biolog, na anatomii, fizjologii zwierząt nie takie rzeczy widziałam, a jednak, widok mamy po operacji całkowicie zahamował moje zmysły.

I jeszcze raz podziękuję swojej intuicji, kiedyś chciałam zostać kimś kto pomaga chorym. Dziś po raz kolejny przekonałam się, że nie dałabym rady psychicznie. Być może na pacjenta nie związanego ze mną emocjonalnie patrzyłabym inaczej, ale teraz, po takiej sytuacji wiem, że byłabym ogromnym zagrożeniem dla takowych osób. 

Będę musiała się bardzo powstrzymywać, by nie wygarnąć tego znajomej, która kształci się na pielęgniarkę i przy każdym naszym przypadkowym spotkaniu intonuje, że ona jest lepsza, bo studiuje na Uniwersytecie Medycznym, a ja TYLKO na Przyrodniczym. Oh, Kochana, zapomniałaś tylko chyba, że pielęgniarstwa i biologii nie można porównywać, bo to dwa zupełnie inne, różne kierunki. I nie, nie czuję się gorsza. 

__

Omdlenie - niby nic takiego, ale jednak nie spodziewałam się tak mocnej reakcji na widok mamy, którą odwiedziliśmy również kilka godzin  po operacji i wyglądała gorzej niż dziś.

Wybaczcie mi tę uszczypliwość na końcu, ale bardzo bardzo nie lubię, kiedy studenci niektórych kierunków (tych "lepszych", bo elitarnych) unoszą się nad innymi, którzy kształcą się w zupełnie innych kwalifikacjach. Oczywiście nie każdy student taki jest, ale czy niektórzy naprawdę mają tak mało rozumu, by nie pojąć, że nie każdego musi pociągać medycyna czy prawo? Co o tym sądzicie?


lutego 18, 2017

Niewolnik XXI wieku

Niewolnik XXI wieku
Świat się rozwija, technologia się rozwija i wydaje się to dzisiaj całkiem oczywiste i naturalne. Jest tego tysiące dobrych stron, mamy coraz lepsze narzędzia pracy, możemy być coraz zdrowsi, dłużej żyjemy, ba! Możemy leczyć ludzi, którzy jeszcze się nie narodzili, mamy ułatwiony kontakt, możemy poznać ludzi z każdego zakątka świata, mimo, że w wielu miejscach nie byliśmy, wiemy coraz więcej i jednocześnie coraz mniej o otaczającym nas świecie. I wszystko jest dobrze, do póki nie zapędzimy się w to za bardzo. 

http://pif-paf-pof-blog.tumblr.com/post/89812236796
Wydaje nam się, że tak cywilizowany świat jest idealny - każdy jest szczęśliwy, nie musi się troszczyć o podstawowe potrzeby. Jest po prostu człowiekiem wolnym. Jednak pędząc w coraz większą wolność, pchamy się w ramiona niewolnictwa, jakim jest współczesna technologia. Musimy przeglądać facebooka, wrzucić zdjęcie na instagram, wyrazić opinię na twitterze, a zamiast książki często wybieramy youtuba. I nie ma w tym nic złego, do póki do póty zachowujemy jakąś harmonię z otaczającym nas światem, który dzieje się tu i teraz, w tej właśnie chwili. 

Kiedy ostatnio cieszyłeś się po prostu chwilą? Bez pisania statusu na FB, bez wrzucania zdjęcia na IG? Kiedy spędzałeś czas z rodziną, przy stole bez telefonu w ręku? Kiedy bawiłeś się ze swoim pupilem? Wziąłeś go na długi spacer, nie tylko po to, by załatwił swoje potrzeby fizjologiczne? Spędziłeś czas z mamą czy tatą? Zjadłeś ciasto upieczone przez babcie z myślą właśnie o Tobie? Albo przygotowałeś kolacje dla Ukochanej osoby? Zapaliłeś znicz na grobie osoby, która była dla Ciebie niedawno tak ważna? 

Dlaczego pozbyliśmy się ludzkich odruchów? Czy tak jest łatwiej? Udawać, że nie widzi się drugiego człowieka? Spłycając świat do małego pudełka trzymanego w kieszeni? Nie dostrzegamy innych, czasem skupiamy tylko na sobie i tym, by dobrze wyglądać do zdjęcia, które ustawimy jako nowe profilowe. Mimo szału na zdrowe jedzenie i sport, często jesteśmy zbyt leniwi by komuś pomóc, by zapytać czy wszystko u kogoś okay. Odpowiadamy krótkimi zdaniami, by nie zachęcić kogoś do dłuższej konwersacji, a kiedy już "wpadniemy" w pomoc, to plączemy się jak piskorz, byle jak najszybciej to zakończyć. Kiedy ktoś pyta o zdanie odpowiadamy nie wiem, by nie brać odpowiedzialności za słowa. Bo nam się nie chce. Bo to nie nasza sprawa.

Wyjdź, wyłącz telefon i spędź ten weekend w gronie najbliższych. I nie zapominaj, że są oni ważni nie tylko w grudniu, nie tylko od święta. 

__

Sesja zdana, najbliższy tydzień będzie poświęcony mamie i operacji. Dziękuję za słowa otuchy pod ostatnim postem.

lutego 10, 2017

Histerektomia

Histerektomia


Kiedy wiem, że jestem kobietą? Kiedy mam piękne ciało? Ładne oczy? Dużo adoratorów? A może wtedy, gdy czuję się kochana, a dzięki temu piękna, spełniona?

Myślę, żeby czuć się taką kobietą potrzeba jednej i drugiej składowej. I pięknego ciała, takiego, z którego ja sama jestem zadowolona, ale i piękna wewnętrznego. Piękniej duszy, dzięki której pojmuję, widzę świat nieco inaczej niż mężczyźni. Widzę więcej emocji, czasem więcej problemów. Ale takie po prostu jesteśmy. 

A co, gdyby nagle, z dnia na dzień ktoś Ci powiedział, że musi Ci zabrać jedną z tych składowych? Jeden z pierwiastków kobiecości? 
Mimo, że jest to dla zdrowia, świat się wali. I może minąć długa chwila, nim odbudujesz swoją świadomość. I każdy powinien to zrozumieć. Problem ten dotyczy ogromnej liczby kobiet, ale poruszany jest (mam wrażenie) rzadko. Histerektomia to operacja usunięcia macicy, czasem wraz z przydankami. Odciska ona ogromne piętno na psychice. Bądź, co bądź, to odjęcie kobiecie jakiegoś pierwiastka kobiecości. Kobieta ma prawo czuć się mniej atrakcyjna dla swojego mężczyzny, a on powinien zadbać, by odżyła na nowo, by zrozumiała, że operacja nie skreśla jej, jako pełnowartościowej kobiety.

Sytuacja przedstawia się łagodniej, jeśli dotyczy kobiety, która już urodziła i w pewnym aspekcie już "nie potrzebuje" narządów. Być może spełniła się w misji, jaką jest trud wychowania dzieci. Zdecydowanie trudniej jest się tym pogodzić, jeśli dopiero macierzyństwo ma się w planach. Histerektomia czyni niepłodną, skreśla ciążę. A przecież wiele kobiet pragnie, prędzej czy później dziecka, instynkt ciężko wyłączyć, kiedy ma się duże pragnienie posiadania dziecka. Owszem, można adoptować jedną z wielu istotek, które czekają na prawdziwy dom i rodziców w domach dziecka, jednak taka myśl może pojawić się z czasem. Pierwsze pojawia się - nie mogę urodzić dziecka, nie jestem kobietą. Wydawać by się mogło, że takie myślenie powoli odchodzi do lamusa, przecież kobieta nie jest pojemnikiem na męskie nasienie, jednak gdzieś tam z tyłu głowy nadal się kotłuje myśl, że nigdy nie będzie mogła nosić pod sercem tej najważniejszej istoty. Plącze myśli w kłębki smutku i bezradności. I nie można się temu dziwić, wiele kobiet pragnie dziecka, tak jak wielu mężczyzn czeka na potomka. 

Kobieta zapomina, że mimo operacji jest pełnowartościową osobą, która nadal jest piękna i atrakcyjna dla swojego Ukochanego. Piękno zewnętrzne rodzi się w środku, zaczyna od pięknej duszy, sumienia, życiu w zgodzie z samą sobą. A my, osoby postronne musimy uważać i dbać, by nigdy o tym nie zapomniała. Trzeba złapać za rękę i pokazać, że można i z takim stanem rzeczy żyć. Da się, tylko trzeba walczyć o lepszy dzień. 

Kobiety, badajcie się, żeby mieć kontrolę nad zdrowiem. Jesteśmy tego warte.

___

Ciężko było spisać tych kilkanaście zdań. Sytuacja spadła na moją rodzinę z dnia na dzień, dotyczy najważniejszej kobiety w moim życiu. Jeszcze trzy miesiące temu było dobrze. Czasem nie mamy chwili na lekarza, ale choroba też nie będzie za nami czekać, po prostu zaatakuje, nagle, w najmniej spodziewanym momencie.

lutego 06, 2017

"Fittrenerka"

"Fittrenerka"


Ogromny boom na bycie fit trwa już od kilku ładnych lat. I przyznaję, że też jestem w niego dość zapatrzona, z małymi wyjątkami, na które sobie pozwalam. Dzięki temu, od dwóch lat sukcesywnie, powoli, swoją własną drogą, staję się pewniejsza siebie, a moje ciało zmienia się w zgodzie z tym, czego zawsze chciałam. I uwaga, osiągnęłam to SAMA. Wiedza ze studiów plus dużo, dużo czytania. Trzeba wiedzieć gdzie i jak czytać, ale to już inny temat.

I nie chcę w tym momencie negować chodzenia do dietetyka czy korzystania z porad trenera personalnego, który w ostatnich latach jest bardzo popularny. Jeśli ktoś jest profesjonalistą, ma odpowiednie wykształcenie, zna i lubi to, co robi, to zdecydowanie taka pomoc może się nam przydać.

Do tego tekstu zaintrygowała mnie sytuacja mojej siostry - tak jak ja ćwiczy, stara się ograniczyć złe nawyki żywieniowe, raz jest lepiej, raz gorzej. Nie ma totalnego kręćka na bycie fit, jednak podobają jej się efekty, dlatego nie poddaje się. Dostała ostatnio (ja też, ale zignorowałam, bardziej z powodów personalnych) zaproszenie na analizę składu ciała. Wszystko fajnie, pięknie, miała to wykonać moja znajoma z podstawówki, która obecnie studiuje dietetykę na III roku zaocznie. Z tego właśnie składu wyszło, że moja siostra jest osobą, które nie ćwiczy, jest otyła, objada się chipsami i jest bardzo bardzo źle. Bla, bla, bla. Codziennie widzę moją siostrę, widzę jak wygląda, jak zmienia jej się ciało - jest szczupła, zdrowa, jej skóra jest coraz bardziej napięta i gładka. Oczywiście w tym krótkim spotkaniu mojej siostrze zaproponowano, że będzie zdrowa, fit, mega schudnie bez wysiłku fizycznego, wystarczy tylko zakupić odpowiednie produkty - w tym przypadku odchudzające koktajle. Wiadomo już, gdzie jest haczyk. Oprócz mojej siostry w "poradni" były osoby 60+, które kupowały właśnie te wszystkie "magiczne specyfiki".

Zastanawiam się tylko, jak można być tak obrzydliwym, żeby wpychać ludziom takie kłamstwa? I to będąc na studiach, które mają dać później innym pomoc. Poszperałam w internecie, by stać się tym "fit doradcą" nie trzeba mieć nic wspólnego z dietetyką, ludzkim zdrowiem czy nawet fizjologią człowieka. Osobą taką, może stać się każdy - tak jak konsultantką kosmetyków.

Nie chcę w tym miejscu narzucać nikomu, doradzać, co ma jeść, czego nie, czy powinien się ruszać, czy nie. Ale na moje oko zdrowe życie, to zbilansowana dostosowana do trybu życia, wieku i wielu innych czynników dieta i taki sam, dostosowany wysiłek fizyczny. Inną dietę musi stosować osoba, która ma siedzącą pracę, a inną osoba, która dużo pracuje fizycznie. I nikt mi nie wmówi, że dla obu tych osób dobra będzie taka sama dieta. Jest to po prostu niemożliwe.Każdy organizm jest inny, każdy potrzebuje innych składników odżywczych. Oczywiście - wszyscy ludzie mają wspólną pulę elementów, których potrzebują. Jednak płeć, wiek, to jak i gdzie żyjemy, jak pracujemy sprawia, że już dalsze planowanie diety musi być spersonalizowane. Dodatkowo dochodzą przeróżne choroby, alergie. Nawet smak ma znaczenie. Dieta to nie ma być wpychanie na siłę do ust, czegoś, czego nie lubimy. Dieta ma być tym, co dostarcza nam odpowiednią ilość energii, jest dla nas zdrowa i mamy ochotę ją stosować. Nie da się na dłuższą metę zmuszać od czegoś, co nam nie smakuje. To ogół naszego jedzenia, nie kilku miesięczna kuracja. Po zwykłej kuracji, wróceniu do poprzednich nawyków i nasze ciało wróci do poprzedniej formy. Dieta to każdy posiłek, nie tylko, gdy planujemy się odchudzić. 
Jestem ciekawa, czy do koktajli została dodana chociażby kropelka tłuszczu, bez której witaminy rozpuszczalne w tłuszczach (słynny ADEK) po prostu "przelecą" przez organizm.

Drugie, co mnie uderzyło, to brak wysiłku fizycznego, brak ćwiczeń. Ja kiedyś nienawidziłam ćwiczyć, nie lubiłam się pocić, nie lubiłam mieć zadyszki po dobrym treningu, ba, długi czas nawet wstydziłam się, że ćwiczę. Ludzie źle się nastawiają do ćwiczeń. A co jest w nich złego? To, że wyprodukujemy endorfiny? Że poprawi się dzięki temu nasze poczucie własnej wartości? Poprawi się nasz wygląd fizyczny, kondycja, a i lepiej będziemy spać? Będziemy zwyczajnie zdrowsi, bo nawet najmniejsza ilość ruchu pozwala nam zachować homeostazę. Nie chodzi o sam wygląd, tylko o fakt - robię coś dla siebie, dbam o siebie. Bo jeśli Ty nie zobaczysz poprawy w lustrze, to tę poprawę odczuje Twoje serce, układ krążenia, układ nerwowy, kostny, pokarmowy, nawet Twoje jelita Ci podziękują. I nie zawsze mają być to mordercze wysiłki, że nie masz siły podnieść się z maty do ćwiczeń. Powoli, małymi kroczkami, a do przodu. Cierpliwość to podstawa.

Chciałam zwrócić uwagę, że trzeba brać czasem poprawkę na to, kogo prosimy o pomoc. Wiele instytucji przekonuje, że to właśnie oni spełnią marzenia o zdrowej sylwetce, życiu. Ale jeśli faktycznie chcemy tego zdrowia, musimy zacząć od siebie. Później można szukać kogoś profesjonalnego, kto pozwoli nam do tego dojść. Wiele firm spija śmietankę z szału bycia fit i wciskają ludziom, że tylko ich produkty dadzą nam rezultaty, na takich uważajcie - oni nie mają nic wspólnego ze zdrowiem. I jedno z ważniejszych - zachowajmy zdrowy rozsądek w byciu fit. 

Przyznam szczerze - w czasie sesji moje oblicze "fit" trochę schodzi na dalszy plan, ale to nie znaczy, że od razu objadam się byle czym. No i sesja też nie trwa wiecznie.

 __

Bardzo, bardzo dziękuję za taki odzew pod ostatnim postem :) Miło mi, że ktoś mnie czyta i nawet to się podoba, nawet jeśli dotyczy to trudnych tematów. Niedługo przyjdę z kolejnym - jeszcze trudniejszym niż jednorazowy wyskok do łóżka. A tymczasem uciekam do fizjologii roślin.




lutego 02, 2017

Facet na jedną noc

Facet na jedną noc
tumblr.com

Bo czasami człowiek nie może zapanować nad instynktami. - Usłyszałam ostatnio z ust koleżanki. Bo kobieta po prostu potrzebuje czyjegoś dotyku, nie tylko przytulenia. - Dodała druga. I tak wpadłam ostatnio w wir myślenia. Bo jesteśmy wyzwolone. 

Długi czas byłam sama, dopiero od dziewięciu miesięcy tworzę prawdziwy związek, w którym można mówić o miłości. Tej totalnie prawdziwej: z zaufaniem, martwieniem się bardziej o drugą stronę niż o siebie i wstawanie wcześnie rano, by zdążyć przygotować śniadanie;)

Dlatego jakoś trudno mi pojąć zachowanie niektórych z moich znajomych. Wydaje nam się, że dość dobrze znamy osoby, które codziennie spotykamy, a jednak czasem zbieramy szczękę, żuchwę z podłogi. Bo jakoś ciężko mi zrozumieć tłumaczenie zachowania tylko tym, że ktoś przestał panować nad instynktami. Ja też, długi, długi czas czekałam na mojego Ukochanego, ale nie pchałam się przez ten okres do łóżka mężczyzn, z którymi wydawało mi się, że może coś z tego będzie. Od tego może jest bardzo długa droga do bycia w związku. Mimo szczerych chęci moje emocje, moje serce i mój rozum mówi NIE. Nie chcę nikomu wchodzić do łóżka, nie chcę oceniać - nic mi do tego; jednak, kiedy ktoś prosi mnie o zdanie, nie będę kłamać i mówić, że takie rozwiązanie sytuacji jest dla mnie normalne. Jestem zdrowa - nie brakuje mi hormonów, też mam swoje potrzeby, ale to nie znaczy, że miałabym ochotę kłaść się do łóżka z kimś, z kim wiem, że nic, absolutnie nic poza seksem mnie nie łączy. Po drugie - czysto teoretycznie potrafimy panować nad naszymi instynktami, jesteśmy ludźmi myślącymi, świadomymi. Więc powinniśmy umieć uchronić się przed, jak dla mnie mało mądrymi decyzjami (chociażby fakt chorób, które mogą towarzyszyć takim przyjemnościom)

Wydaje mi się, że takie osoby nie dostrzegają tego, czego podświadomie potrzebują - bliskości i miłości, ale tej psychicznej, stabilnej. W zamian za to chwilowo próbują zaspokoić fizyczną składową związku. Na dłuższą metę to nie prowadzi do niczego dobrego, dalej się oszukują, że to im wystarcza. Zamiast skupić się na sobie, swoich emocjach zataczają błędne koło, w którym dalej pozostają nieszczęśliwi. 

A ja, niestety nie potrafię im pomóc, nie umiem. Mimo, że pytają, co tym myślę, ciężko mi cokolwiek podpowiedzieć. Po póki oni nie zrozumieją, że seksem nie zastąpią miłości i zaufania do partnera, dopóty moje rady na nic się nie zdadzą. 

__

Uff! Udało się, miałam kilka podejść do tego tekstu, bo nie jest to do końca łatwy temat. Zaznaczam, że to moje subiektywne zdanie. Może kiedyś jeszcze inaczej go ugryzę..

Pochwalę się :D Sesje zaczęłam dobrze: fizjologia zwierząt 4,0; patofizjologia 4,5. Oby tak dalej - jeszcze tylko dwa egzaminy.  

Copyright © 2016 lekkość duszy , Blogger