kwietnia 30, 2017

Podsumowanie miesiąca: kwiecień

Podsumowanie miesiąca: kwiecień

Kwiecień minął jeszcze szybciej niż marzec. Jak to możliwe? Czas tak szybko pędzi, a ja przerzucam tylko kolejne kartki kalendarza nie rozumiejąc, w jaki sposób uciekają mi dni. Pogoda także nie dopisuje, większość czasu było zimno i ponuro.

 

ŻYCIE RODZINNE

Kwiecień minął pod znakiem rodziny i czasu spędzanego z rodziną. To głównie za sprawą świąt i wczorajszego świętowania osiemnastych urodzin mojej kuzynki. Tegoroczne święta spędziłam z rodziną mojego Słońca. Było dużo lenistwa i rodzinnej atmosfery. W drugi dzień świąt udało nam się spotkać z większą częścią mojej rodziny. W ostatnią sobotę kwietnia byliśmy na osiemnastce. Miło spędzony czas, dało się przełamać znaczące różnice wieku. Zwykle nie robimy tylu zdjęć na każde medium (?) społecznościowe, bardziej skupiamy się na rozmowie. Za to troszkę potańczyliśmy, a ja miałam kolejny pretekst by kupić sobie sukienkę.:D

UCZELNIA

W kwietniu miałam kilka zaliczeń, które udało mi się zdać, poza tym skupiłam się na pisaniu pracy licencjackiej. Narzuciłam sobie, że do końca kwietnia zdążę ją skończyć, niestety spora ilość informacji do rozdziału nieco mnie przytłoczyła rozciągając pisanie pracy w czasie. Następny raz odwiedzę uczelnie dopiero 8 maja i mam zamiar mieć tego dnia napisaną pracę. Coraz mniej pracy przede mną, co niezmiernie mnie cieszy, będę mogła zająć się opracowywaniem pytań na egzamin. Efektem skupiania się na licencjacie jest zmniejszona liczbą postów. 

mój pomocnik w pisaniu pracy

BLOGOWANIE

Tak, jak pisałam wyżej - w kwietniu skupiłam się na życiu rodzinnym i pracy licencjackiej. Spowodowało to mniejszą aktywność w prowadzeniu bloga i ogólnej aktywności na Waszych blogach. Mam nadzieję, że jeszcze nie długo to potrwa. W tym miesiącu napisałam 6 postów, z których ten o rodzeniu przed 30 był dla Was najbardziej interesujący. Niezmiernie mnie to cieszy. I dziękuję za każdy komentarz.

JA OSOBIŚCIE

W tym miesiącu w końcu zdobyłam większe łóżko :D Już jakiś czas starałam się o coś nowego. Poprzednie okropnie piszczało, nawet kiedy przechodził po nim pies. No i jest większe, ciche i wygodne. Nadal ćwiczę, zabrałam się za to za porządniejszą pielęgnację twarzy, moje paznokcie w końcu też odżyły. Nawet odważyłam się na hybrydy, zobaczę, co z nimi będzie po ich zdjęciu. Udało mi się w wolnej chwili wyprodukować granolowe kubeczki widoczne na pierwszym zdjęciu - pycha.


Ostatni dzień kwietnia spędzam leniwie - przysypiając i odpoczywając po ciężkiej, ale miło spędzonej nocy. Kwiecień był leniwy i produktywny. Mam nadzieję, że w maju zamkną się już wszelkie sprawy związane  z zajęciami na uczelni, no i wreszcie skończę pisanie. 9 czerwca mam termin oddania pracy do dziekanatu, chcę zrobić to szybciej. 

Jak minął Wam kwiecień?

kwietnia 24, 2017

Dlaczego nie lubię młodych wykładowców?

Dlaczego nie lubię młodych wykładowców?
http://pl.freepik.com + ja

Wydawać by się mogło, że młodzi wykładowcy, to Ci najlepsi, bo sami jeszcze niedawno byli studentami i pamiętają, z jakimi problemami borykają się te jednostki, a przy tym dobrze znają współczesne czasy i potrzeby dzisiejszych studentów. Bajka? No nie do końca.

 

Na swej studenckiej ścieżce spotkałam przeróżnych wykładowców - od tych, których mogłam słuchać godzinami podziwiając jak dużą wiedzę zgromadzili po tych, którzy dawali nam w kość próbując dowieźć czegoś, sami chyba nie wiedząc czego. Zdecydowana większość, którą zapamiętam w negatywnym kontekście wydawała się być idealnymi kandydatami na wykładowców/prowadzących, bo przecież znają dzisiejszą młodzież, sami niedawno kończyli studia, są na świeżo. Jak bardzo można się pomylić w takich osądach? Ano bardzo. Znaczna ilość wykładowców, świeżo upieczonych absolwentów nie ma zielonego pojęcia, może nie zdaje sobie sprawy, że to, jak się zachowują jest wręcz ocierające się o dramat. Uderza im "woda sodowa"? Delikwent taki, już na samym wejściu do sali roztacza wokół siebie aurę jestem zajebisty, bo skończyłem studia i/lub jestem na doktoracie. Poważnie, powietrze wręcz tętni tą emocją. I już wiemy, że zaczynają się schody. Na pierwszych zajęciach przedstawia się i wyraźnie zaznacza, że studiował inny kierunek od Twojego, ten lepszy kierunek, po którym jest więcej pieniędzy. I może się wydawać, że wiedzę przekazuje prawidłowo, to jednak gęsta atmosfera towarzyszy już do końca spotkań. Młodzi wykładowcy często są zbyt poważni. I nie chodzi o to, by totalnie popuszczał pasa, pozwalał na wszystko. Niemniej jednak, grobowa atmosfera uniemożliwia dobre warunki pracy. Rozumiem, że na początku mogą się bać przełożonych, jednak nikt tak nie rozluźnia atmosfery, jak wykładowi weterani swoimi "sucharami". Nie raz zdarza się, że temat jest wyjątkowo nudny, a taki żart budzi szare komórki do działania. Studenci potrafią rozpoznać atmosferę panującą w danej katerze/zakładzie, silenie się na uprzejmości, sztuczne żarty też wyczujemy. Dlatego chyba wszystko, co z roślinami związane nie tworzy się na mojej uczelni od dobrych 10 lat. Atmosfera, jaka tam panuje zniechęca ludzi. Z drugiej zaś strony młodzi adepci wykładania próbują na siłę być zabawni. Żart w prosektorium na anatomii układu rozrodczego o tym, że legenda głosi, że ktoś kiedyś widział błonę dziewiczą puszczony, gdy ma się w grupie same kobiety, prosi się o postukanie w głowę. Ile my mamy lat? Gdzie jesteśmy? W gimnazjum? Studenci wiele razy stają się obiektem docinek i żartów. Czegoś nie wiemy? Przecież jesteście na studiach, musicie to wiedzieć. No właśnie, dopiero studiujemy, nie musimy być omnibusami. Do tego można dorzucić szczyptę arogancji i braku poszanowania dla czasu studentów. Konferencje się zdarzają, ale nie wyskakują w kalendarzu nagle. Można poinformować ciut wcześniej, niż kilka godzin, a nawet kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem zajęć. Szanujmy się, wzajemnie. Później tylko pojawiają się pretensje, jednej strony do drugiej. A przecież nie o to chodzi. Nie trzeba się przecież dąsać o to, że studenci chcą odrobić zajęcia jak najszybciej, kiedy na karku czują oddech licencjatu. Apeluję o wzajemny szacunek.

Oczywiście nie wszyscy młodzi wykładowcy są tacy sami, spotykam wielu tych przyjemnych, ale nie oszukujmy się, jeśli nie ma dobrej atmosfery, to ostatecznie wszystko szwankuje. Nie zmienia to jednak faktu, że zakręceni starsi stażem profesorowie są dla mnie najlepszymi wykładowcami i to na ich wykłady chodzę chętniej, nawet, gdy jeszcze używają folii zamiast prezentacji i wszystko mówią z własnego doświadczenia. Miło jest słuchać o tym, że ktoś przywiózł słonia na rowerze, sam robi wykresy i pyta czy nam się podobają, to na swój sposób urocze. I takim to uroczym akcentem kończę. 

__

W tekście zawarłam kilka głównych cech, które rzuciły mi się w oczy u młodych wykładowców. Mam nadzieję, że nikogo (potencjalnego wykładowcy) nie uraziłam, a jeśli chcecie wykładać poradzę jedno - nie bądźcie zbyt sztywni. 

Jest coś, co denerwuje/denerwowało Was w wykładowcach? Których pamiętacie/zapamiętacie najlepiej?

W przyszłości będzie rewanż - studenci też nie są tacy krystalicznie czyści ;)

kwietnia 18, 2017

By chciało się tak, jak się nie chce

By chciało się tak, jak się nie chce

Święta to czas słodkiego lenistwa. Jak to w naszej ojczyźnie bywa - stoły uginają się pod ciężarem jedzenia, niekoniecznie lekkiego. Żurek, jajka, sałatki z majonezem. Tradycyjne potrawy potrafią być uciążliwe dla naszego organizmu, co później owocuje większą liczbą na wadze. Z drugiej strony, są to tylko dwa dni, nie można wiecznie żyć licząc kalorie i bojąc się wziąć do ust coś, co wydaje się tuczące. Od tego są święta - by celebrować w rodzinnym gronie chwile, które są dla nas ważne w aspekcie wiary, ale i bycia z najbliższymi. Mam nadzieję, że święta spędziłyście w rodzinnej atmosferze, pełnej ciepłych spojrzeń i gestów. 


Problem zaczyna się tuż po świętach, bo przygotowywanie  się do świąt często pochłania spore ilości czasu, a w efekcie zaburza się nasza organizacja z ćwiczeniami i żywieniem. Po świętach jesteśmy zmęczeni siedzeniem i jedzeniem. Nie chce się, zwyczajnie nie chce się wracać do regularnych ćwiczeń, posiłków. Mam prosty sposób, a nawet trzy, jak ruszyć się i z większym zapałem wrócić do dbania o siebie.

ZAMIENNIKI


Ten punkt dotyczy konkretnie świąt, ale warto o nim wspomnieć. Jeśli chodzi o jedzenie, potrafię być wybredna. Nie lubię jajek, nie chętnie zjadam kiełbasę, nie jadam klasyki świąt Wielkiej Nocy.  Razem z mamą zawsze staramy się zaskoczyć gości czymś nowym, wyszukanym, a ja pilnuję przy okazji, by było to lekkostrawne. Oprócz tradycji, na stole pojawia się kompromis dla tych, którzy nie lubią ciężkich potraw. W tym roku musiałam odejść od tej małej reguły z racji, że święta spędzałam z Ukochanym w jego rodzinnym domu. Nie przeszło mi przez myśl, by "wchodzić w paradę" w kuchni ze swoimi przepisami, nie czułabym się komfortowo. Jednak moja mama w tym roku zadbała o nowość, która smakuje na tyle dobrze, że zacznie pojawiać się na stole częściej i dodatkowo jest zdrowa i leciutka - rolada ze szpinaku, twarożku i łososia. Pycha. 


Internet jest pełen pomysłów - myślę, że warto szukać i inspirować się. Kąski mogą stać się nową tradycją, a przy okazji czujemy się lżej. 
A kiedy nie ma już świąt, staram się, by półka ze słodkościami, które otrzymałam ja i mój Luby na święta nie kusiła tak bardzo.
Równie ważne, jak nie najważniejsze - nie opycham się na siłę. Jeśli nie mam ochoty jeść, mimo namawiania bliskich, grzecznie odmawiam. 

TO, CO JUŻ OSIĄGNĘŁAM

Nic mnie nie motywuje tak bardzo, jak przypomnienie sobie, jak wyglądałam i czułam się dawniej. Szkoda by było marnować to, co udało się osiągnąć przez dwa dni, które spowodowały rozleniwienie i mniejsze zwracanie uwagi, co ląduje na talerzu. Nie chcę wracać do dawnych nawyków, nie chcę czuć się jak "pączek w maśle", dlatego łatwiej złapać za skakankę, matę, ciężarki i wypocić lenistwo. Nic nie działa tak pobudzająco, jak świadomość, że mogłabym przegrać ze samą sobą i wrócić do dawnego, znienawidzonego stylu życia. 

TO, CZEGO CHCĘ

 

Nie ma co się oszukiwać - jeszcze daleko do tego, bym czuła się świetnie, jednak jeśli nie będę robić nic, to utknę w martwym punkcie i nigdy nie zbliżę się chociaż o milimetr do tego, jak chcę się czuć i wyglądać. Zbliża się lato, pora roku, w której odsłaniamy więcej ciała, a więc chcemy dobrze wyglądać. Mimo, że teraz za oknem jest szaro i ponuro, niedługo nastaną długie, letnie dni, które będziemy spędzać na świeżym powietrzu, wśród znajomych i obcych. Chcemy wyglądać dobrze, a dzięki temu czuć się świetnie. Pora więc najlepsza, by poczynić kroki ku lepszemu samopoczuciu i ciału.

__

Jak minęły Wam święta? Objadłyście się? Zrobiłyście przerwę w ćwiczeniach? A może pilnowałyście by się ruszać i jeść lekko?

kwietnia 08, 2017

Dlaczego każą nam rodzić przed 30?

Dlaczego każą nam rodzić przed 30?
pinterest.com

Ciąża - temat trudny, bo delikatny. Co 4 para w Polsce ma problem z zapłodnieniem. Rozwój cywilizacji, postęp technologiczny, pogoń za pracą i rozwój osobisty kobiet, które decydują się na późne posiadanie dzieci, czasem bywa, że nie decydują się na nie wcale. Ciąża stała się politycznym targetem, ale mam wrażenie, że mało mówi się o tym, dlaczego warto rodzić przed 35 rokiem życia, każdy akcentuje rozwój kobiet, ale to wcale nie jest główna przyczyna. Dzisiaj stricte z punktu biologicznego.


Wiele mówi się o tym, że postęp technologiczny, chęć rozwoju kariery są przyczyną do spadku liczby urodzeń. Jednak nie mówi się o tym, że natury/biologii jeszcze nie potrafimy przegłosować. Jest wiele możliwości, jednak nie jesteśmy na tym etapie rozwoju cywilizacyjnego. Tak się natura jakoś ukształtowała, że po 35 roku życia szanse na ciążę drastycznie spadają.


Dlaczego tak się dzieje? W chwili obecnej wielu naukowców szuka mechanizmów wpływających/tłumaczących te nagłe zmiany zachodzące po 35 roku. Jak do tej pory, udało się znaleźć tylko kilka powodów,ja poznałam na wykładzie i po wgłębieniu się w temat trzy poniższe.

LICZBA OOCYTÓW

 

By rozpatrywać problemy związane z zachodzeniem w ciążę musimy cofnąć się do okresu prenatalnego i podstawowych różnic między kobietami i mężczyznami. W okresie płodowym między 16 a 20 tygodniem ciąży komórki rozrodcze sięgają 7 milionów oocytów. Ogromna ilość, prawda? Zachodzi jednak ich redukcja i u noworodka ta liczba spada do około 1 miliona. Liczba ta stale maleje. W wieku 25 lat liczba oocytów to około 0,5 miliona, w 35 roku życia liczba ta maleje nagle do 10 tysięcy, by po 40 roku życia dojść do około 1 tysiąca oocytów. U mężczyzn wygląda to nieco inaczej - spermatogeneza (cały cykl) trwa 72-74 dni, a więc co jakiś czas się "odświeża". Żeńskie komórki rozrodcze są nam dane raz na zawsze, a więc do zapłodnienia komórka jajowa czeka około 25 lat plus kilka miesięcy, jeśli do zapłodnienia dojdzie w 25 r.ż. W tym czasie narażona jest na szereg negatywnych zmian. Wpływa na nią dieta, stan zdrowia kobiety, środowisko. Możemy więc sobie porównać, który oocyt jest lepszy: ten ze stażem 25 czy 35 lat? Zmniejszająca się liczba oocytów spowodowana jest w głównej mierze przez apoptozę (zaprogramowana śmierć komórki).

KOHEZYNA 

 

Mimo, że mamy tak dużo oocytów nie wszystkie są zdolne do prawidłowego rozwoju. Ponad połowa komórek ma wady genetyczne. Znaczna liczba poronień po 35 r.ż. związana jest z abberacjami chromosomalnymi oocytów, które często są letalne w I trymestrze ciąży. Abberacje polegają na zmianie struktury lub liczby chromosomów, najczęściej występującą i znaną abberacją jest zespół Downa, najbardziej znana choroba skorelowana z wiekiem matki (w wieku 21-25 lat prawdopodobieństwo wystąpienia zespołu wynosi ok. 1:1500, po 40 1:16), zespół Pataua, Turnera czy Klinefeltera. Tego typu mutacje o takiej częstości mogą mieć podłoże w zaburzeniach biochemicznych funkcji komórek, które starzejąc się i "czekając" na owulację napotykają wiele czynników wpływających na ich gospodarkę. Przyczyny pojawiania się wielu chorób genetycznych po 35 r.ż. naukowcy doszukują się w białku jakim jest kohezyna. Jej zadaniem jest podtrzymanie chromatyd do momentu rozdzieleniach ich w anafazie. Jeśli jej zabranie, zaburzona jest segregacja w czasie podziału komórkowego, a w efekcie powstają mutacje. Stwierdzono wyraźnie niższy poziom u starszych osób, co świadczy o zaniku wraz z wiekiem tego ważnego białka, które może zniweczyć plany o ciąży.

MITOCHONDRIA 

 

Zwykle nikt nie wchodzi tak głęboko, gdy myśli o dobrym zdrowiu, jednak prawda jest taka, że na nasz organizm składają się ogromnie małe jednostki, których zachwianie może bardzo wpłynąć na zdrowie. W mitochondriach odbywa się oddychanie komórkowe, w efekcie którego powstaje adenozynotrifosforan (bardziej znany w formie skróconej - ATP). Jest to niepozorny związek, który dostarcza energii naszym komórkom praktycznie do każdego procesu biochemicznego. Potrzebny jest m.in.: do biosyntezy ruchu i podziału komórek. Starzenie się komórek, a więc i mitochondriów osłabia jego funkcje, zmienia ekspresję genów, tak potrzebnych do powstania prawidłowego DNA. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że istnieje DNA mitochondrialne (mtDNA), które zarodek otrzymuje tylko od matki. Mitochondria niezbędne są także do rozwoju i podtrzymania zarodka, ponieważ, by komórka przetrwała do stadium przedimplantacyjnego  mitochondrium musi zawierać minimalnie 100 000 kopii mtDNA. 21% oocytów pobranych od kobiet w celu badania ich pod kątem podejścia do in vitro jest straconych przez brak odpowiedniej liczby kopii mtDNA. Naukowcy nadal szukają przyczyn. 

Na ciążę trzeba być zdecydowanym, pobudką nie może być jedna strona związku, a już tym bardziej nie mogą być inne, mniej ważne impulsy. Chciałam dzisiaj zwrócić uwagę na to, że to właśnie od tych najmniejszych cząsteczek, o których często nie pamiętamy wszystko się zaczyna. Organizm możemy porównać do fabryki, która ma wiele instytucji, aby dobrze działać, każda jednostka musi być w dobrym stanie.
Dlatego zdrowe odżywianie, badania i kontrola naszego stanu fizycznego jest tak ważna. Im mniej chemii w siebie pakujemy, tym mniej zaburzamy gospodarkę całego naszego organizmu, który potrafi reagować nawet na najmniejsze stężenia różnych substancji. I nie dotyczy to tylko ciąży.

źródło: wykład
Monika Szafarowska, Małgorzata Jerzak "Ovarian aging and infertility"
https://embryology.med.unsw.edu.au/embryology/index.php/Embryonic_Development
__ 

Mój pierwszy post dotyczący tego, z czym spotykam się na co dzień. Pominęłam tłumaczenie tych wszystkich procesów i procesików, ponieważ zdaję sobie sprawę,że mogą być niezrozumiałe i zwyczajnie w świecie nudne. Starałam się przekazać to, co najcenniejsze i najciekawsze - mam nadzieję, że podołałam i nikt nie usnął ;) A przy okazji pokazałam, jak niektóre maluteńkie cząsteczki, o których czasem nawet nie wiemy, mogą wpływać na funkcjonowanie całego organizmu. 
Chciałabym nieco więcej pisać o dziedzinie, którą chcę zajmować się zawodowo, jednocześnie muszę przesiać wiele informacji i rozdzielić je na te, które Was nie zainteresują i te, które wydają się ciekawe.
Co myślicie?  Pisać o biologii?

kwietnia 05, 2017

Wbrew pogodzie

Wbrew pogodzie

Wiosna zachęca mnie do aktywniejszego spędzania czasu i rozwijania pasji, jaką jest fotografia. Przez studia wiele ważnych dla mnie przyjemności musiałam odłożyć na bok. Jedną z nich jest fotografia - mam ochotę znów ją pogłębiać i pogłębiać. Wiem, że mój staruszek Canon może mi jeszcze wiele udowodnić i pokazać. Mam zamiar wycisnąć z niego jeszcze dużo dużo.

Dziś pogoda jest okropna, jak mój humor kilka dni temu. Dziękuję za wsparcie, mam nadzieję, że teraz od dołka trochę odpocznę i nie będę do niego zaglądać. Bo, że znów zajrzę - nie ma co się oszukiwać. Nie jestem ze stali, a moje serce, mimo, że jest tylko mięśniem, bardzo lubi brać wszystko do siebie.

Ludzie są jak kwiaty, czasami nie spodziewamy się, jak pięknie mogą zakwitać, jak duże owoce mogą wydawać. Czasami wydaje nam się, że nie jesteśmy wstanie przetrwać ulewy łez, wiatru, złego humoru, przykrych sytuacji. Z czasem uczymy się, że to co nas nie zabija, wzmacnia nas. Każde doświadczenie, każdy smutek, każda radość nas kształtuje. Odbija piętno na naszej duszy, formuje naszą osobowość, nadaje głębokość naszych oddechów. Ktoś, kiedyś powiedział Że szczęście wychodzi od nas, jeśli my je dajemy drugiej osobie, ono obiega cały świat i nagle, w najmniej spodziewanym momencie klepie nas w plecy. Przychodzi w odpowiedniej chwili. Czasami to człowiek, czasami sytuacja, czasem rzecz materialna. Często sami przekręcamy klucz w drzwiach, którymi ma przyjść, czasami robimy to nieświadomie. Powinniśmy żyć tak, by przekwitając, czuć, że zrobiło się wszystko to, co oznaczało dla nas szczęście, radość, spełnienie. Nie każdy dzień jest cudowny, nie każdego dnia mamy chęć by żyć. Ale trzeba pamiętać, że po każdej burzy, przychodzi słońce. Bez smutku, ciężko jest docenić radość. Żaden kwiat nie jest w stanie przeżyć bez deszczu, żaden człowiek nie jest w stanie pozbyć się z życia bólu. Ważne, by ból przekuwać w uśmiech.








kwietnia 03, 2017

Nie zawsze umiem się uśmiechać

Nie zawsze umiem się uśmiechać

Są dni, kiedy patrzę w lustro i widzę moje postępy, widzę jak bardzo zmieniłam się ja i moje ciało w ciągu ostatnich dwóch lat. Ale są też momenty, że nadal nienawidzę tego jaka jestem, jak wyglądam. Nienawidzę siebie, każdego centymetra kwadratowego moje ciała i każdej jednostki składającej się na moją duszę i rozum. 

 

 I nie chodzi o jakieś dążenie do wyznaczonego przez media ideału, nie chodzi o to, by każdy podziwiał i uwielbiał. Chodzi o ten cholerny kompleks niższości, który nawraca jak sztorm - niespodziewanie, choć gdzieś jest powoli wyczuwalny. Zaczyna się od jednej małej myśli, która zawsze gnieździ się w głowie. Nie jesteś wystarczająca. I nie chce skończyć, nie chce odejść. Jątrzy, jest jak znienawidzony koszmar. Wiem, że nie istnieje, ale i tak się go boję. Nie chcę by przychodził, ale on nie odpuszcza, jest wieczorami silniejszy, zatrzymuje mnie w łóżku z dołującą muzyką, która spiętrza kłębiące się w głowie myśli i każe każdemu mówić, że jest dobrze. I są wieczory kiedy jest dobrze, jednak większość, to te, które przelane są łzami. Chcę wiedzieć, że wszystko ze mną dobrze, chcę mieć pewność, że jestem wystarczająco dobra, by być. Nie zawsze tak czuję. Zawsze przychodzi, gdy wydaje mi się, że wszystko jest dobrze, że wszystko jest na swoim miejscu. Kiedyś tłumaczyłam, że wkręcam sobie problem, że szukam go niepotrzebnie, na siłę. Ale przecież nie o to chodzi - nie chcę się tak czuć, żeby czuć. Nikt nie chce. Czasem to nie wieczór, czasem to człowiek, który przytłacza mnie, pokazuje jak bardzo jestem nisko w swoich myślach, jak duży dół wykopałam, by do niego wskoczyć i próbować się wydostać. A kiedy wydaje mi się, że prawie jestem u szczytu moje opuchnięte, zniszczone ręce tracą siłę, moje ciało opada znowu na dno. Jednocześnie zbyt stromo i ślisko, by się wydostać. Czuję się przybita, czuję się zbyt słaba, by znowu próbować. Wiem, że kiedy się obudzę następnego dnia będzie lepiej, będzie spokojniej, a ja znowu zapomnę, co się działo poprzedniego wieczora. I może nie wróci znów na długi czas, ale przecież jest sztormem - nigdy nie wiem, kiedy uderzy znowu.
Mam myśl, że dla kogoś jestem. Jesteś wszystkim, czego potrzebuję. Jest taka przystań, ale czasem sztorm jest silniejszy i nie wytrzymuję, boję się, że ktoś mi kiedyś powie To tylko sen, przyśniło Ci się.

Nie chcę się w tym zatracać, ale moje barki nie zawsze są w stanie utrzymać ten cholerny ciężar. Czasami potrzebuję spaść, by znowu się podnieść. 







Copyright © 2016 lekkość duszy , Blogger