dlaczego nie lubię młodych wykładowców?

http://pl.freepik.com + ja

Wydawać by się mogło, że młodzi wykładowcy, to Ci najlepsi, bo sami jeszcze niedawno byli studentami i pamiętają, z jakimi problemami borykają się te jednostki, a przy tym dobrze znają współczesne czasy i potrzeby dzisiejszych studentów. Bajka? No nie do końca.

 

Na swej studenckiej ścieżce spotkałam przeróżnych wykładowców - od tych, których mogłam słuchać godzinami podziwiając jak dużą wiedzę zgromadzili po tych, którzy dawali nam w kość próbując dowieźć czegoś, sami chyba nie wiedząc czego. Zdecydowana większość, którą zapamiętam w negatywnym kontekście wydawała się być idealnymi kandydatami na wykładowców/prowadzących, bo przecież znają dzisiejszą młodzież, sami niedawno kończyli studia, są na świeżo. Jak bardzo można się pomylić w takich osądach? Ano bardzo. Znaczna ilość wykładowców, świeżo upieczonych absolwentów nie ma zielonego pojęcia, może nie zdaje sobie sprawy, że to, jak się zachowują jest wręcz ocierające się o dramat. Uderza im "woda sodowa"? Delikwent taki, już na samym wejściu do sali roztacza wokół siebie aurę jestem zajebisty, bo skończyłem studia i/lub jestem na doktoracie. Poważnie, powietrze wręcz tętni tą emocją. I już wiemy, że zaczynają się schody. Na pierwszych zajęciach przedstawia się i wyraźnie zaznacza, że studiował inny kierunek od Twojego, ten lepszy kierunek, po którym jest więcej pieniędzy. I może się wydawać, że wiedzę przekazuje prawidłowo, to jednak gęsta atmosfera towarzyszy już do końca spotkań. Młodzi wykładowcy często są zbyt poważni. I nie chodzi o to, by totalnie popuszczał pasa, pozwalał na wszystko. Niemniej jednak, grobowa atmosfera uniemożliwia dobre warunki pracy. Rozumiem, że na początku mogą się bać przełożonych, jednak nikt tak nie rozluźnia atmosfery, jak wykładowi weterani swoimi "sucharami". Nie raz zdarza się, że temat jest wyjątkowo nudny, a taki żart budzi szare komórki do działania. Studenci potrafią rozpoznać atmosferę panującą w danej katerze/zakładzie, silenie się na uprzejmości, sztuczne żarty też wyczujemy. Dlatego chyba wszystko, co z roślinami związane nie tworzy się na mojej uczelni od dobrych 10 lat. Atmosfera, jaka tam panuje zniechęca ludzi. Z drugiej zaś strony młodzi adepci wykładania próbują na siłę być zabawni. Żart w prosektorium na anatomii układu rozrodczego o tym, że legenda głosi, że ktoś kiedyś widział błonę dziewiczą puszczony, gdy ma się w grupie same kobiety, prosi się o postukanie w głowę. Ile my mamy lat? Gdzie jesteśmy? W gimnazjum? Studenci wiele razy stają się obiektem docinek i żartów. Czegoś nie wiemy? Przecież jesteście na studiach, musicie to wiedzieć. No właśnie, dopiero studiujemy, nie musimy być omnibusami. Do tego można dorzucić szczyptę arogancji i braku poszanowania dla czasu studentów. Konferencje się zdarzają, ale nie wyskakują w kalendarzu nagle. Można poinformować ciut wcześniej, niż kilka godzin, a nawet kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem zajęć. Szanujmy się, wzajemnie. Później tylko pojawiają się pretensje, jednej strony do drugiej. A przecież nie o to chodzi. Nie trzeba się przecież dąsać o to, że studenci chcą odrobić zajęcia jak najszybciej, kiedy na karku czują oddech licencjatu. Apeluję o wzajemny szacunek.

Oczywiście nie wszyscy młodzi wykładowcy są tacy sami, spotykam wielu tych przyjemnych, ale nie oszukujmy się, jeśli nie ma dobrej atmosfery, to ostatecznie wszystko szwankuje. Nie zmienia to jednak faktu, że zakręceni starsi stażem profesorowie są dla mnie najlepszymi wykładowcami i to na ich wykłady chodzę chętniej, nawet, gdy jeszcze używają folii zamiast prezentacji i wszystko mówią z własnego doświadczenia. Miło jest słuchać o tym, że ktoś przywiózł słonia na rowerze, sam robi wykresy i pyta czy nam się podobają, to na swój sposób urocze. I takim to uroczym akcentem kończę. 

__

W tekście zawarłam kilka głównych cech, które rzuciły mi się w oczy u młodych wykładowców. Mam nadzieję, że nikogo (potencjalnego wykładowcy) nie uraziłam, a jeśli chcecie wykładać poradzę jedno - nie bądźcie zbyt sztywni. 

Jest coś, co denerwuje/denerwowało Was w wykładowcach? Których pamiętacie/zapamiętacie najlepiej?

W przyszłości będzie rewanż - studenci też nie są tacy krystalicznie czyści ;)

Komentarze

  1. Chyba zalazł Ci za skórę jakiś jeden młody zachłyśnięty doktoratem bufon. ;) Przynajmniej dla mnie taka myśl aż bucha z tekstu. ;) Pamiętam z mojego studiowania jedną taką akcję z młodym wykładowcą. To było chyba prawo cywilne. Mieliśmy zajęcia z asystentem/doktorantem. Był arogancki, zadufany w sobie i pogardzał studentami zaocznymi. Na koniec oblał 95% roku (to były wykłady, więc mieliśmy je wszyscy na raz) czyli kilkadziesiąt osób. Zrobiliśmy taką rozpierduchę, że nie dość, że unieważnili egzamin, to jeszcze powtórkę przeprowadzał kierownik katedry.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo a u mnie odwrotnie :) doktoranci byli super - zabawni, ale troszkę może jeszcze niepewni przez małe doświadczenie. Za to dla mnie najgorsi są "wielcy panowie doktorzy", którzy zrobili ten doktorat i myślą, że są najmądrzejsi.. a staruszkowie też fajni :) i rzeczywiście rzucają duzo sucharów :)

    ~ mój blog ~

    OdpowiedzUsuń
  3. doktoranci przeważnie wywyższają się, są za bardzo ambitni... miałam na uczelni tylko jednego, fajnego doktoranta :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Młodych to i ja nie lubię :) Czują się lepsi,a przed chwilą sami siedzieli na naszych miejscach :d

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja, kiedy studiowałam, najbardziej lubiłam tych średnich wykładowców. No i starszych też. Młodzi zaś zawsze byli nade wymagający i jakoś mało przyjemni

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz, jednak, jeśli nie ma się on odnosić do tematu posta, a ma jedynie reklamować Twój blog, to nie pisz go wcale ;)

Innych pozostawiających swój ślad na pewno odwiedzę ♡