nie zawsze umiem się uśmiechać

Są dni, kiedy patrzę w lustro i widzę moje postępy, widzę jak bardzo zmieniłam się ja i moje ciało w ciągu ostatnich dwóch lat. Ale są też momenty, że nadal nienawidzę tego jaka jestem, jak wyglądam. Nienawidzę siebie, każdego centymetra kwadratowego moje ciała i każdej jednostki składającej się na moją duszę i rozum. 

 

 I nie chodzi o jakieś dążenie do wyznaczonego przez media ideału, nie chodzi o to, by każdy podziwiał i uwielbiał. Chodzi o ten cholerny kompleks niższości, który nawraca jak sztorm - niespodziewanie, choć gdzieś jest powoli wyczuwalny. Zaczyna się od jednej małej myśli, która zawsze gnieździ się w głowie. Nie jesteś wystarczająca. I nie chce skończyć, nie chce odejść. Jątrzy, jest jak znienawidzony koszmar. Wiem, że nie istnieje, ale i tak się go boję. Nie chcę by przychodził, ale on nie odpuszcza, jest wieczorami silniejszy, zatrzymuje mnie w łóżku z dołującą muzyką, która spiętrza kłębiące się w głowie myśli i każe każdemu mówić, że jest dobrze. I są wieczory kiedy jest dobrze, jednak większość, to te, które przelane są łzami. Chcę wiedzieć, że wszystko ze mną dobrze, chcę mieć pewność, że jestem wystarczająco dobra, by być. Nie zawsze tak czuję. Zawsze przychodzi, gdy wydaje mi się, że wszystko jest dobrze, że wszystko jest na swoim miejscu. Kiedyś tłumaczyłam, że wkręcam sobie problem, że szukam go niepotrzebnie, na siłę. Ale przecież nie o to chodzi - nie chcę się tak czuć, żeby czuć. Nikt nie chce. Czasem to nie wieczór, czasem to człowiek, który przytłacza mnie, pokazuje jak bardzo jestem nisko w swoich myślach, jak duży dół wykopałam, by do niego wskoczyć i próbować się wydostać. A kiedy wydaje mi się, że prawie jestem u szczytu moje opuchnięte, zniszczone ręce tracą siłę, moje ciało opada znowu na dno. Jednocześnie zbyt stromo i ślisko, by się wydostać. Czuję się przybita, czuję się zbyt słaba, by znowu próbować. Wiem, że kiedy się obudzę następnego dnia będzie lepiej, będzie spokojniej, a ja znowu zapomnę, co się działo poprzedniego wieczora. I może nie wróci znów na długi czas, ale przecież jest sztormem - nigdy nie wiem, kiedy uderzy znowu.
Mam myśl, że dla kogoś jestem. Jesteś wszystkim, czego potrzebuję. Jest taka przystań, ale czasem sztorm jest silniejszy i nie wytrzymuję, boję się, że ktoś mi kiedyś powie To tylko sen, przyśniło Ci się.

Nie chcę się w tym zatracać, ale moje barki nie zawsze są w stanie utrzymać ten cholerny ciężar. Czasami potrzebuję spaść, by znowu się podnieść. 







Komentarze

  1. Im więcej czytam tym chętniej tu wracam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba każdy ma czasem takie momenty, bo życie to sinusoida na każdej płaszczyźnie.

    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Każdy czasem ma takie spadki formy. Ktoś, kto mówi, ze ich nie ma kłamie. Ale wiesz można je łagodzić. Ja zawsze w takich chwilach uciekałam od samotności i nadal tak robię. Dla mnie nie ma nic gorszego niż zostać sam na sam z czarnymi myślami. Bo wtedy sama siebie jeszcze bardziej nakręcam i wpadam w błędne koło. Nauczyłam się, ze w takich chwilach najlepiej jest wyjść poza schemat. Zamiast dołującej muzyki ta skoczna, zamiast samotności towarzystwo, zamiast bezczynności działanie. Byle oderwać umysł od czarnych myśli. A już najlepszym lekarstwem jest psia miłość. Mój Maks jest najlepszym lekiem na smutki.

    Uściski!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz, jednak, jeśli nie ma się on odnosić do tematu posta, a ma jedynie reklamować Twój blog, to nie pisz go wcale ;)

Innych pozostawiających swój ślad na pewno odwiedzę ♡