Czego nauczyła mnie wieś?


Moje życie zawsze było związane z wsią i rolnictwem, nigdy tego nie ukrywałam. Jakiś czas się tego wstydziłam - głównie słysząc, jak znajomi nieciekawie wyrażają się o ludziach związanych właśnie z taką pracą. Jako dziecko po prostu nie chciałam, by i ze mnie się śmiano. Z czasem jednak nabrałam dystansu i przestałam przejmować się tym, co pomyślą o moim życiu inni. Zwyczajnie dorosłam. Zdenerwowana studiami i zachęcona świecącym słońcem, rzuciłam notatki i ruszyłam na zewnątrz. Codziennie słyszę śpiew ptaków, który mnie budzi i kołysze do snu, mimo, że pod moim oknem jeździ dużo aut (jest ich naprawdę sporo). Patrząc przez obiektyw pozwalałam, by wiatr muskał moje zmęczone policzki, a do nozdrzy dochodził zapach trawy i słodko kwitnącego bzu. Troszkę sielanki.

 

ZGODNIE Z NATURĄ

Moje życie zawsze było i jest poniekąd uzależnione od natury. Od zawsze moja mama z babcią prowadzą przydomowy warzywniak, w którym znajdziemy wszystko to, czego potrzeba do smacznych potraw. Zwykle jemy to, co sezonowe. Rzodkiewki, pomidory, ogórki, fasolka, groszek, młoda marchewka opłukana w wodzie. No i nigdy nie zapomnę, jak obiera się kalarepę bez użycia noża. Na zimę starczają nam zapasy, które robimy jesienią. Aby zrobić koktajl ze świeżych owoców również muszę wybrać się na ogród. Dziś zaczął się sezon na podlewanie warzyw i rabatek kwiatowych, skąd wiem? Ciśnienie w rurach z wodą jest coraz niższe. Całe lato trzeba uważać, kiedy idzie się kąpać, bo cała wieś pielęgnuje ogródki. Ale natura to nie tylko warzywa. To także pola, zboże. Aby otrzymać coś od natury, najpierw trzeba dać jej coś samemu. 



PRACA

Zawsze dziwiło mnie, gdy jeszcze jako dziecko słuchałam, że dzieci pomagały swoim rodzicom za pieniądze - skoszenie trawy, umycie auta. I to już raczej aspekt wychowawczy, a nie miejsca zamieszkania, jednak nigdy nie przyszło mi na myśl, by za pomoc brać od rodziców pieniądze. Kiedy przychodzi okres zbiorów - wszyscy pracują, trzeba się spieszyć póki pogoda dopisuje, póki jest możliwość. W dzisiejszych czasach większość pracy ludzkich rąk jest zastępowana przez technologię, jednak nie wszystko da się zastąpić. Bardzo dobrze pamiętam, że jako dziecko uwielbiałam kiedy były żniwa, jeździło się na przyczepach ze zbożem (dość ryzykowne, wiem), składowało je, no i najważniejszy punkt - za dobrą pomoc jadło w nagrodę obiad na polu. Dobrze pamiętam, że nawet najzwyklejszy posiłek smakuje wtedy jak wykwintne danie. Czasami mama musiała zabierać w bagażnik auta całe garnki, tylu było chętnych do ucztowania na łonie natury.

SZACUNEK DO ZWIERZĄT

I tak, jego też wynosimy z domu, nie z miejsca zamieszkania. Jednak nic tak nie uczy szacunku do zwierząt jak praca przy nich. To dość kontrowersyjny temat, ponieważ oczywistym jest, co dzieje się ze zwierzętami w dalszych etapach ich życia. Należy zapewnić odpowiedni komfort i właśnie szacunek. W wieku ok. 13 lat potrafiłam już odebrać przychodzącego na świat prosiaczka, potrafiłam podejść do nich tak, by zaufały mi w tej trudnej chwili. Widziałam, że nie tylko pies i kot są wierne człowiekowi. Na własnej skórze doświadczyłam obrazków widzianych od czasu do czasu w internecie - świnka (w moim przypadku Pani Zuzia) była super towarzyszem czasu spędzanego w wakacje, karmiłam ją i jej rodzeństwo specjalnym mlekiem, gdy ich matka zachorowało i nie dało się jej uratować. Podobną opieką otaczałam każdego kota i psa, który pojawił się u nas w domu, czy to za sprawą moich rodziców, czy ludzi, którzy porzucają na naszej wsi zwierzęta. Masowałam brzuszki kociąt dla lepszego trawienia, jak robią to kotki, gdy mama pewnej gromadki nie wróciła do nich (jedno z tych kociąt jest teraz dorosłą kotką mieszkającą ze mną, nadal uwielbia się tulić i chować pod kurtką/bluzą/płaszczem). Tak samo kocham psy - Bunię, jamniczkę, którą uratowałam przed mroźną zimą, Misię, która w czasie żniw przestawała być damą,  a była psem jeżdżącym traktorem. I często boli mnie, gdy mówi się o tym, że psy na wsi mają zły byt. Owszem, to się zdarza, ale trzeba też zwrócić uwagę na te psy, które całe  dnie spędzają w bloku czekając aż właściciel wróci do domu i wyprowadzi je na spacer. Co ma powiedzieć w takiej sytuacji owczarek niemiecki, który potrzebuje ogromnej ilości ruchu?




MAMA JEST W DOMU

Coś, czego raczej nigdy nie będę mogła zapewnić swoim dzieciom, a czego inne dzieciaki zawsze mi zazdrościły. Rodzice utrzymują nasz  dom z pracy w gospodarce, mogą dzień planować pod swoje sprawy, mają komfort tego, że sami rządzą sobą - nie mają nad głową szefa, który dysponuje ich czasem. Dlatego zawsze gdy wracałam ze szkoły, a teraz z uczelni mam obiad, mam mamę, która może po mnie podjechać na pociąg. Mam mamę, która nigdy nie powiedziała mi nie mam czasu, pracuję, mogła zawsze na chwilkę przerwać, by mnie wysłuchać. Jednym z minusów życia w taki sposób jest brak wakacji, nigdy nie byłam z rodzicami, gdzieś dłużej niż jeden dzień. Zwierzętom nie napiszemy, że wyjeżdżamy i mają sobie jakoś poradzić ;) Drugi aspekt, dzięki temu, iż rodzice są w domu - nie brakuje mi chwil, gdy jemy razem obiad czy wspólnie się lenimy. Kiedy byłam mała i były wakacje, mój dom był pełen dzieciaków. Każdy chciał do nas przyjeżdżać, chodziliśmy nad jezioro, pomagaliśmy w żniwach, no i do domu przychodziliśmy tylko się napić lub po lody. No a z tatą zawsze brudziłam się smarem, do dzisiaj to robię, wiem nawet, co to łożysko igiełkowe ;)


WOLNOŚCI NIE KUPISZ

Czyli o tym, że uwielbiam w piżamie paradować po podwórku. Zawsze, gdy wyjeżdżam do rodziny do Szczecina i spędzam tydzień w bloku z dużą dozą ulgi wracam do domu i przestrzeni, którą zapewnia wieś. Jest tu inne powietrze, inne poczucie luzu, wolności. Nie muszę za bardzo przestrzegać ciszy nocnej, bo wiem, że mojego szurania nikt nie słyszy, grilla z przyjaciółmi mogę robić do późnych godzin, bo sąsiedzi nie będą marudzić, że hałasujemy. Mogę być sobą. Zasypiam i budzę się przy ptakach, latem wtórują im żaby, gdy jadę na uczelnie dostrzegam mgłę otulającą tajemniczo łąki i pola. W sadzie mam nie tak małego lokatora - sarna wybiera tylko te lepsze kąski. I za to wszystko kocham wieś.



__

Wracam, choć nie powinnam ;) Uczelnia nie wypuszcza mnie  z uścisku terminów. Mimo, że skończyłam pisać licencjat już jakiś czas temu, tak inne obowiązki są bardzo stresogenne. Dziś, dla odmiany i chęci odpoczęcia od PCR-ów i innych Western Blotów ujęłam w kilku aspektach, za co kocham wieś i czego życie na niej mnie nauczyło. Gloryfikuję, ale jednocześnie nie chcę negować życia w mieście. Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze i nie każdemu musi podobać się takie życie. 

Jak spędzacie ciepłe dni wiosny?

Komentarze

  1. Pięknie napisane :) Dogadałabyś się z moim mężem, on też wychował się na wsi i ma podobne wspomnienia z dzieciństwa :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mass przepiękne wspomnienia! Z Twoich słów bije tak bezgraniczna miłość i wdzięczność:)
    Ja mieszkalam na wsi do dziesiatego roku życia i wspominam to jako beztroskie szczescie <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, że Tobie nie wyszło to bokiem. :)
    Większość życia spędziłam na wsi. Dzieciaki chamskie, wywyższające się nad wszystkimi, obrażające innych bez powodu... Jak ktoś miał gospodarkę to rozumy zjadał, mógł Ci zabrać wszystko w przedszkolu, trzeba było jeszcze po nim sprzątać, bo panie tak kazały. Lata mijały i było coraz gorzej. Trafiłam na okropną wieś. Sąsiedzi najmniej wiedzą, a najwięcej gadają. Oczywiście brednie. Jak nie powiesz "dzień dobry" komuś, kogo nie znasz, ale Twoja babcia zna, chociaż o tym nie wiesz - jest dym niemały. Mogłabym tak wymieniać.
    Na szczęście zwiałam gdzie pieprz rośnie. :)
    Pozdrawiam! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. To prawda zwierzęta trzeba szanować, niestety nie każdy to rozumie

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie to ujęłaś :) Ja też jestem ze wsi - choć nie mamy jakiegoś gospodarstwa z większą ilością zwierząt, tak temat ogródka warzywnego, pól czy żniw latem nie jest mi obcy :) a we wrześniu mamy wykopki :) I uwielbiam wracać do domu z Lublina chociaż na weekend - tam jest cisza, spokój, mogę skosić trawę (i też nie rozumiem jak można brać od rodziców hajs za pomoc przy domu - przecież ja też tam mieszkam!), powyrywać chwasty itd, powietrze jest zupełnie inne i jakoś tak lepiej płynie czas :)
    z tym, że u mnie rodzice pracują na etacie, a tata po prostu ma kawałek pola i trzyma sobie kilka świnek u babci.

    pozdrawiam ! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo ciekawy wpis. Ja miałam to szczęście wychowywać się na wsi. Z perspektywy tych minionych lat, gdy teraz jestem nauczycielem i pracuję w stolicy to zal mi tych wszystkich dzieci. Cały dzień siedzą w szkołach i nie mają tego beztroskiego czasu, który ja posiadałam: cale godziny spędzałam na świeżym powietrzu, a nie w szkole, w świetlicy, która jak wiadomo powszechnie jest często przepełniona. Zapraszam do siebie http://nouw.com/sylviastyle

    OdpowiedzUsuń
  7. oj kocham swoją wieś :) całe życie spędziłam (i póki co nadal spędzać będę!) w małej wsi przy czeskiej granicy :) z dala od wszystkiego! kocham to

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz, jednak, jeśli nie ma się on odnosić do tematu posta, a ma jedynie reklamować Twój blog, to nie pisz go wcale ;)

Innych pozostawiających swój ślad na pewno odwiedzę ♡