października 31, 2017

Podsumowanie miesiąca: październik

Podsumowanie miesiąca: październik

Październik to chyba pierwszy miesiąc, w którym czas nie śmignął mi tak całkiem szybko. Miesiąc pięknych, długich spacerów, spoglądania na spadające liście, otulania się w ciepły sweter i zmian na głowie. 


STUDIA
Wydawało mi się, że będę miała więcej czasu, skoro zajęcia upchnięte mam w poniedziałek i wtorek plus jedne zajęcia w środę, a więc będę miała też więcej czasu na bloga. Niestety wszystkie plany okazały się mrzonką. Od początku zaczęłam szukać miejsca dla siebie, gdzie napiszę magisterkę. Decyzja musi być przemyślana, praca musi być eksperymentalna. Chciałam połączyć mikrobiologię z genetyką, jednak zostałam nieco olana przez potencjalną promotorkę. Podcięło mi to trochę skrzydła,  jednak już znalazłam dla siebie miejsce w genetyce - trochę z polecenia, trochę z instynktu. Promotorka wydaje się o wiele przyjemniejsza i bardziej skuteczna w dogadaniu się. Czekam tylko na propozycje tematów - mam nadzieję, że pojawią się do końca tygodnia. 
Poprawiła się też sytuacja z ludźmi, może nie jest najlepiej, lecz widzę wyraźną, pozytywną zmianę.

RODZINA

Zdecydowanie więcej rozmów, kiedy za oknem ciemno. Więcej uśmiechu. Na początku miesiąca wraz z siostrą i kuzynkami byłyśmy odwiedzić nowe pokolenie naszej rodziny. To duże wydarzenie, kiedy pojawia się mały człowiek na świecie. A niedawno, jako dzieci, buszowaliśmy w polu kukurydzy, dziadek ganiał za nami, byśmy nie poniszczyli plonów. To ogromne szczęście mieć dużą, zgraną rodzinę. Razem dorastaliśmy, mieliśmy z kim się bawić, a teraz obserwujemy pierwsze małżeństwa, zaręczyny, dzieci.

MIŁOŚĆ

 Czasami mam pewne załamania - szukam problemów w sobie i moim zachowaniu. Wtedy milczę, czasami płaczę. Na szczęście, kiedy dochodzę do siebie jest już lepiej, nie ma cichych dni i spięć. Wspólne wyjście, spacer, kawa.


BLOGOWANIE

W październiku totalnie zaniedbałam pisanie i czytanie blogów, które obserwuję. Miałam w sobie niechęć, zwyczajnie - nie miałam ochoty pisać i czytać. Mam zamiar nadrobić zaległości w komentowaniu i pisaniu. Miałam napisać o kosmetykach, jednak po zapisaniu się na FB do grupy o kręconych włosach, stwierdziłam, że powinnam obrać nieco inne podejście do świadomej pielęgnacji włosów. Dlatego też nie napiszę w najbliższym czasie o tym, zrobię to, gdy sama ze sobą dogadam się czego chcę od moich włosów. W listopadzie miną dwa lata od stworzenia bloga - myślę, że warto coś ciekawego stworzyć z tej okazji.

JA

Zebrałam się w końcu w sobie i ścięłam włosy, na następny dzień zamówiłam popularną wcierkę na porost włosów i bardziej zaczytałam się w kwestii dbania o pukle. Przewartościowałam pewne aspekty i mam nadzieję, że powoli wdrążę to, co wydaje mi się najlepsze. W końcu też opanowałam swoją cerę, a dokładniej brodę, z którą męczyłam się długi długi czas przez nabiał. Wyeliminowałam go prawie całkowicie i powoli znikają problemy ze skórą. Byłam podłamana psychicznie, gdyż zawsze miałam świetną cerę, nad którą wiele osób się rozwodziło, jak świetna jest. I tu nagle boom. Okazało się, że coś jest nie halo, a raczej całkiem normalnie halo z moją cerą i muszę pożegnać się z ulubionym nabiałem. Odważyłam się nawet zjeść tofucznice - polecam ;)


Jak minął Wam październik? Oby listopad nie od razu rzucił nas w wir świąt, choć tego się obawiam. Im szybciej zaczynają, tym bardziej psują atmosferę

października 22, 2017

Dobre Dusze

Dobre Dusze

Nie ważne, że poznaliśmy się w internecie, nigdy nie słyszeliśmy swoich głosów, a widzieliśmy się raz czy dwa na zdjęciach. Ważne, że mogę liczyć na niego w każdej sytuacji, czasem bardziej, niż na przyjaciółki w życiu realnym. 

Nie szuka we mnie taniej sensacji do ploteczek przy porannej kawie z innymi kumpelami. Zawsze czyta, co mam do powiedzenia, wie jak ciężko mówić mi głośno o tym czego się boje, czego wstydzę i czego pragnę. A jednak wiem, że cokolwiek dziwnego, wstydliwego napisałabym, nie wyśmieje, nie z chamskim uśmieszkiem wymalowanym na twarzy. Przyjaciel. Mogę liczyć o każdej porze. Kiedy leją się strumienie łez i śmiech. Każdy mój kryzys pomaga mi rozwiązać, nie dobija. Pomaga - Dobra Dusza. I nie pozwala podziękować. 

Więc tutaj, (wiem, że czytasz) DZIĘKUJĘ za każdego kopniaka w tyłek, kiedy chciałam się poddać. Szczególnie tego, dzisiejszej nocy. 

października 18, 2017

Masz kilka kilogramów za dużo? Nie powinnaś być w związku.

Masz kilka kilogramów za dużo? Nie powinnaś być w związku.
https://i.pinimg.com/564x/49/53/f7/4953f73b90be0f4d4601d8a9ef42d0f5.jpg

Niektórzy chyba we krwi mają obgadywanie innych, nie ważne czy są w zaufanym gronie, czy towarzyszy im większa grupa. Ważne, by skomentować, wyrazić zgryźliwą opinię i najlepiej zdjęciowo poprzeć swoją teorię.

W przerwie między zajęciami usiadłyśmy z koleżankami w stołówce, by się czegoś napić i zjeść coś na obiad. Rozmawiałyśmy o wykładach, na których poruszono temat, że w czasie głodu, kiedy warunki nie są dogodne, rodzi się więcej dzieci - powodu doszukujemy się w genetyce i instynkcie przetrwania. Niby normalna rozmowa zwykłych studentów, a jednak koleżanki nie byłby sobą, gdyby do tematu nie zaprosiły osób trzecich, które nie były z nami sali. Najpierw padło pytanie o to, dlaczego szczupli mężczyźni są z grubymi dziewczynami. Zaczęły wyciągać telefony i pokazywać zdjęcia takich par.  I jak oni seks uprawiają? Bleee. Mi również podsunęły telefon pod nos.

I nie widziałam tam grubaski - może miała kilka kilko za dużo, ale czy wszyscy muszą być idealnie szczupli? Miała przyjemną, zadbaną twarz, ot przeciętna dziewczyna. U jej boku chłopak, jakich mijamy na ulicy setki. Siedząc tak, słuchając ich wypocin czekałam, aż ja oberwę za to, że jestem w związku, a nie mam figury modeli. 
  
Spojrzałam na nie z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Serio? Osoby mające się za inteligentne, poukładane życiowo i nie płytkie psychicznie zwracają tylko uwagę, że pary, w których dziewczyna jest większa od swojego Ukochanego nie powinny istnieć? Co facet widzi w takich dziewczynach? W takim razie, czym dla nich są pierwszorzędowe wartości? Chyba nie uśmiech, miłość i pełna akceptacja.

To smutne, jak społeczeństwo jest zaszczute, rozrywkę widzi w obrażaniu, obgadywaniu i ciągłym udowadnianiu, że są lepsi od wszystkich. Z drugiej zaś strony ich zachowanie świadczy o ich małości, wstydzie i dorabianiu sobie słowem tej wyższości. Ktoś, kto dobrze zna swoją wartość, nie potrzebuje tak żenujących ekscesów.

Żyj i daj żyć innym

października 11, 2017

Wieś czy miasto?

Wieś czy miasto?

Wtorkowy poranek był ciężki - budzik zadzwonił przed świtem, o 4:30. Ubrałam się przy nikłym świetle lampki, by nie zbudzić śpiącego Chłopaka, w toalecie, przy ciut lepszym świetle zrobiłam szybki makijaż i zebrałam włosy w kok. Przy każdym łyku gorzkiej herbaty i gryzie ciepłego tosta czułam, jak bardzo jestem zmęczona, a dzień dopiero się zaczynał.

Szybko odzwyczaiłam się od wczesnego wstawania dzięki spaniu w Poznaniu, dlatego, kiedy wyjątkowo musiałam jechać na uczelnie od siebie, doceniłam, jaki komfort mają wszyscy Ci, którzy mieszkają blisko swoich zajęć codziennych. Kiedy inni przekręcają się na drugi bok, jak jem śniadanie, ubieram buty i wychodzę. Jest to uciążliwe, ale da się przeżyć. Podobnie da się przyzwyczaić do powrotów o później godzinie, bo kiedy inni jedzą obiad lub już odpoczywają, ja dopiero siedzę w pociągu.

Ale to nic.
Zwykle jest tak, że chcemy przeciwieństwa tego, co mamy.
Ja teraz mam wszystkiego po trochu - miasta, mieszkania w bloku, gdzie wracam, czasami gotuję, a zwykle siedzę i  patrzę przed siebie czekając, aż prawowici domownicy wrócą. Czasami wyję na miasto, ale ile można chodzić po sklepach? I jedyne plusy, jakie widzę w Poznaniu, to fakt, że wysypiam się na uczelnię, a jak czegoś potrzebuję, to wychodzę i za chwilę to mam. Pewnie inaczej byłoby, gdyby to było moje mieszkanie, ale to zupełnie inna bajka. Bo nie powiem, z Aniołem cały czas dogadujemy się świetnie, tak samo jak dogaduję się z jego rodziną. 

Na wsi za to zawsze mogę wyjść pobłąkać się do ogrodu, zobaczyć nad czym pracuje tata i jak posuwają się czynności w ogrodzie. Oddycham świeżym powietrzem, choć czasem odbijam się leniwie od ścian, to jakoś jest inaczej. Nie czuję zamknięta się w blokowej klatce, doskonale rozumiem Ciocię Damiana, która kiedyś mieszkała w takim domu, jak mój. 

I jedynie, czego sobie życzę, gdybym musiała zamieszkać w mieście - balkon. Ale i tak, wolę domek przy polu.


października 08, 2017

Byłam wychowana w stresie

Byłam wychowana w stresie
pinterest.com

Na pewno kojarzycie "bezstresowe wychowanie", pojęcie rzucane w argumencie, gdy matka nie potrafi uspokoić swojej pociechy, które domaga się kolejnej zabawki/kopie innych w autobusie/jest wściekłe, bo akurat tak chce. A ja? Kiedy nabroiłam, nie słuchałam mamy dostawałam klapsa w pupę. O zgrozo. Jaki ja stres wtedy przeszłam! Tekst (momentami) traktowany ironicznie.

 Być może nie powinnam się wypowiadać, bo NIE MAM dzieci. Jednak mam oczy, wiele dzieci (wbrew pozorom) wokół siebie i mogę mnożyć przykłady. Także te, które dotyczą mnie osobiście. 

Byłyśmy dzisiaj, z siostrą i mamą na zakupach. W kolejce do kasy przypadło nam zaszczytne miejsce za małżeństwem z dwójką dzieci, dziewczynka, starsza ok. 6 lat siedziała w wózku na zakupy, oglądała produkty i układała je. Jej brat, ok 4 letnie dziecko - idealny przykład dziecka bezstresowo wychowany, stał przed wózkiem, którym cały czas szarpał, trafiając innych klientów. Ojciec prosił, by ten się uspokoił, jednak brzdąc nadal, uporczywie szarpał. Podziałała dopiero groźba, że nie pójdą do Mc'Donald za karę. Był spokój, dopóki dziecko nie dorwało opakowania pączków, które sumiennie przycisnął do siebie mówiąc piszcząc Że chce teraz pączka. Wózek oddala się z krzyczącym dzieckiem. Rodzice bywają skrajni, jeśli chodzi o odżywianie. Albo bardzo radykalnie pilnują diety dziecka, nie pozwalając na drobne, naprawdę DROBNE odstępy na słodycze. W piątek byłam po nabiał w sklepie, na ławce siedziało rodzeństwo jedzące lizaki, dzieci chciały się wymienić smakami. Wtem do rozmowy wkroczyła troskliwa mama Nie wymieniajcie się! Jeszcze wirusy Wam zmutują. Nie trzeba być uczonym (jakkolwiek to brzmi), by wiedzieć, że skoro dzieci żyją w tym samym środowisku, to cały czas wymieniają między sobą wszelkie drobnoustroje znajdujące się na ich ciałach.  Jako dzieci, cała moja rodzina piszczała z zachwytu, jak moja starsza siostra dzieliła się ze mną soczkiem z kartonika. Korzystałyśmy z jednej słomki! (mam na to dowody na kasecie VHS) Druga grupa rodziców za to uważa słodycz za nagrodę za wszystko, podobnie cały świat fastfoodów. Naprawdę nie wiem, co dzieciaki widzą w jedzeniu z Maka prócz zabawek. Swoją pierwszą kanapkę, w tym przybytku spożyłam w wieku 22 lat - niezbyt mi smakowało. Na każdej wycieczce do Poznania, z naszej małej szkoły, autobus musiał zatrzymać się na dłuższy czas w restauracji Złote Łuki. Po kilku takich wycieczkach wychowawczyni zwróciła się do mojej mamy, czy nie mamy pieniędzy na jedzenie stamtąd, skoro kupowałam zwykle tylko frytki i colę.  
Wracając do sklepów, które dla dzieci wydają się wyjątkowo kuszące, kolorowe produkty spoglądające z półek, wręcz krzyczą do małoletnich, by ubłagały rodzicieli o zabranie ich do domu. Często odbija się to czkawką rodziców, którzy choć starają się nie wybuchnąć, to są na skraju. Jednocześnie próbują odkładać produkty na miejsce i przytrzymać w pozycji pionowej rzucające się z płaczem dziecko z kafli podłogowych.  Z dumą mogę powiedzieć, że mi wystarczył spacer między zabawkami i wskazanie rodzicom, co marzy mi się pod choinkę/na urodziny/imieniny - zwykle i tak była to Barbie. Podobnie miałam ze słodyczami. Mama kupowała nam od czasu do czasu coś niezdrowego. Nie było szafek wypchanych przekąskami, do których miałam stały dostęp. A już tym bardziej cukierki czy chipsy nie były nagrodą za bycie grzecznym w sklepie. 
Na wariacje poza domem można było pozwolić sobie tylko, kiedy wyjazd był do kogoś z rodziny - hulaj dusza, piekła nie ma, wszyscy uważali na wszystkich. Teraz to się nieco zmieniło, przynajmniej u niektórych w mojej rodzinie. Kiedy robię kawę dla gości, nie jestem w stanie zapanować nad dziećmi biegającymi po dworze - nie rozdzielę się, więc ciociu nie miej pretensji, że nie mamy monitoringu. Ale w dobytkach publicznych trzeba było trzymać się mamy lub taty, nie rozsypywało się produktów, nie rozrywało opakowań, jedynie Tatooo, kup mi. U Was też, to tatę szło szybciej namówić na coś spoza listy zakupów? Mój ma tak do dzisiaj ;)  
A kary? Dziś nie do pomyślenia, by dziecko dostało klapsa. Osobiście pamiętam jeden raz, dostałam od babci po rękach, za grzebanie przy kurkach od kuchenki gazowej. Z relacji mamy wiem, że się rozbeczałam, uciekłam do pokoju, a moja babcia usiadła w kącie kuchni i sama zaczęła płakać. Długi czas później bałam się podejść wstawić wodę na kawę.  Dziś klaps kojarzony jest z okrutnym biciem, ale nie wydaje mi się, że dzieciaki, które dostawały klapsa były niedorozwinięte psychicznie. Wręcz przeciwnie - wiedziały, że są zasady, których się nie łamie. Dzisiaj klaps - trauma. Największa trauma, jaką pamiętam z dzieciństwa to wspomnienie czerwonego mydła, łazienki mojej babci i samą babcię. Miałam rok, kiedy babcia miała robioną operację, już jako roczne dziecko zapamiętałam, że komuś mi bliskiemu działo się coś przykrego. I koszmarem nie jest klaps, a właśnie sytuacja z babcią. Nie wiedziałam co się dzieje, czułam tylko, że to coś strasznego. 

Nie chcę tym postem szczycić się, jakim cudownym dzieckiem byłam, bo nie byłam. Też często brałam rodziców pod włos, robiłam rzeczy, o których dowiedzieli się niedawno, chciałam płaczem wymusić coś na swoją korzyć. Jednak to nie zmienia faktu, że nasze czasy, to wylew egoistycznych, ogłupionych patrzeniem na swoje odbicie w lustrze ludzi, u rodziców których można doszukać się złego postrzegania wychowania bezstresowego. Mało tego, wiele razy rodzic zareagował by klapsem, podniesieniem tonu na dziecko, ale nie może, bo zostanie zlinczowany przez społeczeństwo, nazwany wyrodnym. Szkoda tylko, że znacznie większa część tego społeczeństwa nie zareaguje faktycznie wtedy, kiedy powinna, gdy miejsce ma prawdziwa krzywda, która dzieje się dziecku, udaje, że nie widzi, odwraca twarz w drugą stronę. Stało się coś ze społeczeństwem, mylą klaps z katowanie, na patologiczne relacje w rodzinie nie reagują, bo to nie ich sprawa. A właśnie, że ich cholerna sprawa, bo dziecko nie umie sobie pomóc i to dorośli, otoczenie powinno reagować. Przykre, że zwykle jest już za późno.

Sztuka wychowania jest trudna, nie "zrobi się" w kilka lat. To często momenty przelane łzami obu stron, krzyków, próśb, tłumaczeń.  Do tego należy dojrzeć.

października 04, 2017

Pierwszy tydzień studiów

Pierwszy tydzień studiów

Łyk gorącego kakao chili z parującego kubka, wiatr szaleje za oknem, co jakiś czas deszcz salwami odbija się od okna. W głowie przelatują myśli. Za mną pierwszy tydzień na uczelni i tak, jak bardzo się cieszyłam na nowy rok akademicki, tak teraz zaczynam zastanawiać się, jak sobie poradzę.

I wcale nie chodzi o trudne zajęcia, statystyka - po pierwszych zajęciach muszę zgłosić się do siostry, wykładowca nie potrafi przekazać wiedzy, niby coś tam łapałam, jednak wolę ugruntować od początku wiedzę, by bez problemu zdać. Endokrynologia, jest prowadzona przez jednych z najlepszych ludzi będących kadrą uczelni, podobnie doświadczenia na zwierzętach - nie ma chyba lepszej katedry na UP od Katedry Fizjologii Zwierząt. Inżynieria komórkowa i biotechnologia rozrodu wydają się na tyle ciekawym przedmiotem, że pewnie z chęcią i łatwością przyswoję wiedzę. 

Więc co mnie tak na prawdę przeraża?

Ludzie. Brak Zosi. Znamy się, lubimy, ale nasz skład przerzedził się na tyle, że czuję się niekomfortowo. Trochę się zmieniło - pojawiły się ciąże, zaręczyny, ale brakuje, w całej tej radości, że znów się widzimy, brakuje tych, którzy wnosili najwięcej śmiechu, potrafili stres przekuć w zabawę. Wprowadzali pozytywną energię, mogliśmy na siebie liczyć, teraz czuję się, jakbym była przyklejona do znajomych, nie pasowała. Jakby łaskawie pozwalali razem siedzieć, tylko dlatego, że przyjaźniłam się z Zosią. Dziewczyny dały mi odczuć, że potrafią dopiec, kiedy coś nie idzie po ich myśli. Dlatego straciłam zapał po pierwszym dniu. Gdzieś tam w głowie liczę, że może coś się zmieni, z drugiej zaś strony czuję, że kiedy wróci P. już totalnie zostanę zepchnięta na tył. Człowiek czuje się, jak piąte koło u wozu. Nienawidzę tego, nigdy nie nauczę się myśleć, że nie jestem gorsza. 
Dostałam w ciągu ostatnich lat wiele razy po tyłu, zawsze miałam wsparcie, w postaci starszej koleżanki. Rozmawiałyśmy o wszystkim, cieszyłyśmy się z sukcesu drugiej, podpowiadałyśmy na kolokwiach i martwiłyśmy, gdy drugiej coś nie szło. I nie sądziłam, że aż tak mocno odczuję od innych, że jestem w murach uczelni sama. Siedząc w poniedziałek na stołówce, miałam ochotę się rozryczeć, wszędzie grupki, a ja, niczym pierwszak zajęłam ostatni wolny stolik. Co z tego, że mam Damiana i Zosię przez telefon, kiedy otaczają mnie ludzie, z którymi już nie dogadam się tak dobrze. Wszyscy najbardziej życzliwi zniknęli z roku. 

Nie mam wielu zajęć, jednak z uczelni wracałam zmęczona, dobita pustką, jaka wyżarła się między ludźmi. Do tego ciągłe zmienianie, planowanie na nowo rozkładu zajęć. Szukanie najlepszego układu, kolejny podział na grupy. Szukanie potwierdzenia, że już nie tak miło mnie widzieć. 

Porażka, dobrze, że mój tydzień akademicki ma tylko 3 dni.  

października 01, 2017

Podsumowanie miesiąca: wrzesień

Podsumowanie miesiąca: wrzesień

Wrzesień zaskoczył piękną pogodą, która tylko momentami się psuła, dużą ilością grzybów i jeszcze dłuższymi spacerami. Październik wita się z nami słonecznie. A ja powoli odliczam dni do poniedziałku i powrotu na uczelnię. Już trochę stęskniłam się za zajęciami. 

 

RODZINA

Posta piszę w Poznaniu, gdzie znowu mnie przywiało. Damian właśnie gra w Fifę18, nie mógł przegapić pierwszych dni gry na rynku, a ja zaczynając jutro studia nie muszę wstawać o wczesnej godzinie by dostać się na uczelnie. 
Wrzesień rozpoczęłam koncertem jednego z moich ulubionych Polskich zespołów - happysad. Od tego dnia zaczęły się też problemy z przeziębieniem - akurat tego dnia było chłodno, a dodatkowo stwierdziliśmy, że spędzenie wieczoru w ogródku letnim będzie dobrym pomysłem. Troszkę się pomyliliśmy. Kiedy docierałam do domu wybieraliśmy się rodzinnie na grzyby. Długie spacery i tropienie darów lasu zaowocowało mocnym snem. Dotleniony organizm o wiele lepiej śpi i wypoczywa. Nawet nie przeszkadzała mi Mia, która codziennie wpadała z impetem na łóżko, by lizaniem przywitać mnie z nowym dniem.  Po czasie przywykła, że otwieram tylko jedno oko i idę spać dalej, co dawało jej możliwość położenia się na sąsiedniej poduszce i oddaniu się porannej drzemce. Dziewiąty miesiąc roku zakończyłam w takt głośnej muzyki i tańców, chociaż taka wizja nie za bardzo podobała się mojemu Ukochanemu. Mam jednak nadzieję, że wybaczy mi ten pomysł, ciągania go ze sobą do klubu. Nie odwiedzam tego przybytku zbyt często, ale czasami mam ochotę potańczyć. 


BLOGOWANIE 

Blog coraz lepiej i bardziej rozwija się. We wrześniu napisałam post o moich włosach, który został przez Was pozytywnie odebrany. Napisałam też o kosmetykach, jakie stosuję w ich pielęgnacji. W październiku mam nadzieję napisać kolejne posty o kosmetykach do włosów. Myślę, że ważny temat, bo traktujący o sprawach kobiecych, a dokładnie o tym jak dietą możemy niwelować skutki uboczne miesiączki. Przybyło też kilku nowych czytelników, z których niezmiernie się cieszę i mam nadzieję, że znajdą tu coś dla siebie. 

 JA

W chwili obecnej jestem już troszkę podekscytowana powrotem na uczelnię. Planuję, przeglądam wirtualny dziekanat. I oczywiście pracuję nad moim Bullet Journal. Powoli wychodzę ze schematów i całkowicie dostosowuję go do siebie. Niedługo napiszę aktualizację i pokażę, co dodałam do mojego BuJo. Wrzesień był troszkę ubogi w książki - zaczęłam jedną, totalnie odmienną od moich gustów, może przez to ociągam się z czytaniem. Ale mam zamiar dziennie poczytać chociaż pół godziny i jakoś dotrwać do jej końca. Teraz właśnie mnie oświeciło, że zapomniałam jej ze sobą zabrać do Poznania - do wtorku jej nie tknę.

Jaki był Wasz wrzesień? Jesteście zadowolone?
Copyright © 2016 lekkość duszy , Blogger