listopada 30, 2017

Podsumownie miesiąca: listopad

Podsumownie miesiąca: listopad

Ledwo zdążyłam się obejrzeć, ledwo zdążyłam odciągnąć wzrok znad grobów bliskich, a już stałam na "balkonie" jednej z budek na Wrocławskim Placu Solnym. W dłoniach kubek z gorącą czekoladą z amaretto. Wcześniej zdążyłam jeszcze zarobić mandat, wejść do laboratorium z moją pracą magisterską i spędzić kilka milszych chwil. Zapraszam na podsumowanie przedostatniego miesiąca roku 2017.  

STUDIA

Praca wre. Odkąd weszłam do laboratorium wolne dni i godziny po planowych zajęciach spędzam nad moimi adipocytami (hodowla komórek tłuszczowych in vitro). To dopiero początki, ale powoli przyzwyczajam się, że stół laminarny, to mój przyjaciel, choć nigdy wcześniej z nim się nie lubiłam. Dzisiaj za to ponad 2 godziny na przemian kucałam i wstawałam pracując nad szkiełkami. Miał mnie boleć łokieć, ale bardziej poczułam pracę w kolanach. Dodatkowo pełno pracy do prezentacji i seminarek.

MIŁOŚĆ

 Po prostu kwitnie. Wspólny wyjazd do Wrocławia, spacery po Poznańskim Betlejem, śmiech, przytulanie. Jest mi dobrze, czuję się świetnie, mam nadzieję, że obie strony to czują.  Jutro kolejny miesiąc za nimi. Po prostu życzę nam kolejnych tak cudownych chwil. Wsparcia, czułości i miłości. 

BLOGOWANIE

Miałam pisać więcej, ale z obiecywania sobie, wyszło jak zwykle. W tym miesiącu obchodziłam 2 lata bloga - mogę się tylko cieszyć jak rozwinęłam skrzydła w świecie blogowym. Już na dniach powinnam pokazać Wam zdjęcia z Jarmarku.

JA

Miałam się ciut więcej ruszać, ale za to bardziej przypilnowałam się z jedzeniem słodyczy. Świetnie sprawdza się Bullet Journal w motywowaniu się, do dbania o posiłki i ogólnie o życie. Ostatnio znowu musiałam odłożyć książkę w zamian na naukę statystyki, ale mam nadzieję, że już niedługo zabiorę się za kolejne lektury.

Zostawiam Was z piosenką, która umilała mi ostatnie dni:


listopada 21, 2017

Zły/dobry dzień, chwila ze mną

Zły/dobry dzień, chwila ze mną

Życie jest jak karuzela, koło fortuny. Raz jesteśmy na górze, raz na dole. Czasem nie potrzeba wiele, by było dobrze, wystarczy na chwilę zapomnieć.
Spacer pomiędzy budkami ustawionymi na Poznańskim Betlejem, zapach smażonej kiełbasy, warzyw, pajdy chleba i parzące wargi wino grzane. Jarmark Bożonarodzeniowy nieprzyzwoicie wcześnie odwiedziłam, kolędy i  świąteczne piosenki nie wtrąciły mnie w szał świąteczny, ale na pewno pozwoliły na chwilę zapomnieć o zmartwieniach.

Bo kiedy wydaje nam się, że dzień jest do kitu, przychodzi taka rzecz, która dorzuca nam kolejne kamienie pod nogi.
 W poniedziałek wstałam lewą nogą -  nie czułam, że dzień będzie kiepski, lecz jednocześnie nie sądziłam, że zakończy się wściekłością, mandatem przez popsuty biletomat i gonitwą za rozwiązaniem sprawy. Jako uczciwa osoba zawsze mam kupiony bilet w komunikacji miejskiej, więc kiedy skończyła się miesięczna sieciówka zwyczajnie poszłam do biletomatu i wykupiłam kolejny miesiąc, transakcja przebiegła pomyślnie, mogłam wrócić do szarej codzienności i wbić się w tłum innych podróżujących. Dopiero, kiedy wracałam z uczelni i podałam kontrolerowi bilet, że biletu nie ma, znaczy jest, ale na grudzień. Zmarszczyłam brwi, wyjaśniam, że kupiłam, pokazuję pokwitowanie. Niech Pani to wyjaśni w obsłudze klienta. Co z tego, skoro i tak dostałam mandat za brak ważnego biletu? Wściekła na siebie, że nie sprawdziłam czy wszystko jest okay, na biletomat, który działa, ale niepoprawnie powędrowałam do obsługi klienta. Za mandat i dodatkowy bilet (nie można przesunąć okresu ważności tego, który jest źle nabity) zapłaciłam 180 zł. Odwołanie złożyłam - czekam na finał. Miałam ochotę się rozryczeć, czułam się ja złodziej. Pierwszy raz odkąd poruszam się po Poznaniu, tj. ponad 6 lat trafiła mi się taka sytuacja. 
I może dobrze, że poszłam na Jarmark, zanurzyłam usta w winie, nie siedziałam w domu, nie bombardowałam się myślami, nie obwiniałam. 

Ostatnio moim ratunkiem w dni, kiedy jestem przybita są spacery. Idę ze słuchawkami w uszach, drażnię błonę bębenkową starą, dobrą muzyką i głęboko oddycham mijając kolejnych ludzi, kamienice i uliczki. 

Jak Wasze przygotowania do świąt? Jestem zaskoczona, że w centrach handlowych nie ma jeszcze wesołych dzwoneczków, wystawy sklepowe powoli zapełniają się kolorowymi prezentami, ale o dziwo w holach brak jeszcze wystawców bombek, ozdób na choinkę i pierników. Nie mam jeszcze żadnego prezentu, mam coś wymyślone, ale nie mam chęci biegać po sklepach. 

W sobotę jedziemy do Wrocławia - tam to dopiero jest Jarmark. Może Wroclove wzbudzi we mnie magię świąt, wszak pozostało do nich 33 dni, choć z drugiej strony wiem, że te święta nie będą szczególnie wesołe, ale o tym napiszę innym razem.

listopada 17, 2017

Retro Moto Show

Retro Moto Show

Już jest lepiej, od początku tygodnia czułam, że to nie będzie mój tydzień. Coś w środku podpowiadało mi, że będzie kiepsko, coś się stanie, co zdołuje mnie lub wprawi w kiepski nastrój. Najpierw stawiałam na systematykę, która nie poszła mi tak, jakbym chciała, później nie podobało mi się moje żywienie i kolokwium z inżynierii genetycznej. Przez to też czułam niechęć, by cokolwiek publikować. Nie lubię blogować na siłę, wydaje mi się, że od razu to widać. 

Bardzo ciężko robi się zdjęcia, kiedy przed obiektywem co chwilę pojawiają się czyjeś plecy, a z tyłu co jakiś czas ktoś obija się o nas, tym samym wyrzucając z równowagi, która z kolei wiąże się z ostrością fotki. Jednak myślę, że kilka zdjęć nadaje się do publikacji.

Nigdy specjalnie nie lubiłam się z motoryzacją, nie interesuje mnie budowa silnika, poszczególne marki rozpoznaję, ale już totalnie nie wiem nic o modelach. Patrząc na auto mogę ocenić, czy mi się podoba, a nie stwierdzić ile z niego wyciągnę - typowo babskie podejście. Mimo wszystko z ochotą wybrałam się na tegoroczne Retro Moto Show, by zrobić zdjęcia - już dawno nie miałam okazji bawić się apartem. 




















Mimo, że nie jestem fanką motoryzacji, to wyjście na to wydarzenie było ciekawym doświadczeniem, dzięki któremu mogłam przekonać się, że z autami jest podobnie jak z muzyką - im głębiej w historii, tym lepsze emocje wywołują. To zupełnie inny klimat.

listopada 09, 2017

Okja - walka o konsumenta za wszelką cenę

Okja - walka o konsumenta za wszelką cenę
Film opowiada historię Miji, młodej dziewczyny, która zrobi wszystko, by powstrzymać potężną międzynarodową korporację przed porwaniem jej najlepszego przyjaciela — ogromnego zwierzęcia o imieniu Okja. Ten komediodramat o dorastaniu opowiada o podróży Miji przez kontynenty, poszerzaniu swoich horyzontów oraz zmaganiach z brutalną rzeczywistością, pełną eksperymentów nad genetycznie modyfikowaną żywnością, globalizacji, ekoterroryzmu oraz ludzkiej obsesji na punkcie wizerunku, marki i autoreklamy.
Jak daleko potrafią posunąć się korporacje w walce o większe pieniądze? Codziennie wystawiani jesteśmy na kłamstwa. Reklamy prześcigają się w zachęcaniu nas, ba wręcz informowaniu nam, że bez ich produktu nie jesteśmy w stanie przeżyć. Z mózgu próbują zrobić nam papkę, która ufnie wchłonie każdą bzdurę, którą zafunduje nam PR. Myślę, że właśnie to chce nam pokazać film - chce udowodnić, że za pięknymi słowami, kampaniami reklamowymi, kosztującymi ogromne sumy, pojawia się tylko jedno - PIENIĄDZ.

Dziewczynka imieniem Mija razem ze swoim dziadkiem w wysokich górach, w tradycyjny sposób wychowuje superświnkę stworzoną przez Amerykańskie konsorcjum Mirando Corporation. Korporacja chce stworzyć "najlepsze" mięso dla swoich konsumentów. Oczywiście firma zarzeka się, że zwierzęta nie powstała przez GMO, którego tak bardzo ludzie się boją. W ckliwy, przesłodzony sposób Okja staje się gwiazdą firmy. Opuszcza swoją najlepszą przyjaciółkę, zostaje brutalnie wyrwana ze środowiska i przeniesiona do miasta. Mija postanawia podążać za swoją superświnką i zawalczyć z bezdusznymi ludźmi, goniącymi za pieniędzmi o los zwierzęcej koleżanki. Bohaterka zderza się z brutalnym światem XXI wieku, gdzie emocje i czucia skasowane są z twarzy pracowników i właścicieli Mirando Corporation. W pogoni za Okją startują również środowiska walczące z brutalnymi korporacjami. Ich ruchy mają pomóc czworonożnej postaci, jednak jeszcze bardziej komplikują jej los. Zwierzę jest brutalnie traktowane, widzimy jak szalony, uzależniony od alkoholu "profesor" testuje Okję - sceny okrutnego znęcania się ściskają serce, ma się ochotę odwrócić wzrok i uderzyć imbecyla w głowę. Odwet Miji zaprowadza ją pod rzeźnie, przed oczyma dziewczynki pojawiają się brutalne sceny ubijania superświń na produkty mięsne. Obraz rozpaczy, strachu i złości zdaje się nie mieć końca, palący ból gardła nie chce ustąpić, a kolejne krzyki strachu zwierząt nie cichną. Na szczęście nastolatce udaje się wrócić w towarzystwie superświnki do domu.

Film jest brutalny, lecz wymieszany ze scenami wręcz komicznymi, razem tworzą wspólną całość, która w bardzo wyraźny, wręcz jaskrawy sposób ukazuje działanie korporacji i podatność ludzi na reklamę oraz ich podejście do innych istot, takich jak zwierzęta gospodarskie. Rykoszetem dostają również organizacje walczące o prawa zwierząt, które nie zawsze potrafią wykazać się dobrym działaniem, a często zapominające, jaki jest ich główny cel. Kino wywołuje mieszane uczucia, z jednej strony brutalność, z drugiej zaś strony głosy podpowiadające, że aż tak źle zwierzęta nie są traktowane. Na pewno warto obejrzeć, by dostrzec co stoi za uśmiechniętą reklamą. Dobrze wiem, że nie tylko ból i cierpienie zwierząt, ale także ludzi pozwala nam chodzić na zakupy do H&M czy Zary. Ten problem nie dotyczy tylko przemysłu spożywczego.
Dodatkowym aspektem pojawiającym się w filmie jest przyjaźń między człowiekiem a zwierzęciem. Nie tylko psy, koty, chomiki i króliki potrafią zaprzyjaźnić się z człowiekiem. Świnie to bardzo inteligentne i towarzyskie zwierzęta - jeśli ktoś miał styczność z tymi ssakami doskonale zdaje sobie sprawę, że równie dobrze przywiązują się do człowieka i środowiska jak pies czy kot.

Niby oczywiste kadry, a jednak tak nasycone emocjami, że warto po nie sięgnąć.

listopada 02, 2017

2 lata blogowania

2 lata blogowania
pinterest.com

Z samego rana przywitał mnie szary dzień, deszcz rozbijał się o szyby, a humoru nie dodawała myśl, że na kolejne dwa dni rozstanę się z Damianem. Ubrałam się, spakowałam dla niego jedzenie do pracy, przegryzłam chrupki chleb, upieczony przez mamę, odgrzany w tosterze, popiłam szklanką wody, powiesiłam pranie i z ciężkim zapałem usiadłam do liczenia statystyki. Kolokwium samo się nie napisze, przerwa na obiad i zabawę z Mią. Zerknięcie w Bullet Journal - jutro spotkanie z Zosią, na które tak bardzo się cieszę. No i dzisiaj wybiły dwa lata odkąd jestem tutaj i przelewam myśli na słowa.

Pamiętam, że dwa lata temu, tego dnia chodziłam po ogrodzie, grzałam się w jesiennym słońcu i robiłam zdjęcia. A dziś jest okropnie. Nie zdążyłam się obejrzeć i już jest ciemno. 
Blog bardzo ewoluował i wiele mnie nauczył, w pewnym sensie ukształtował. Początkowo pisałam tylko dla siebie, dopiero w styczniu 2017 zaczęłam żyć w świecie blogów pokazując się szerszej publiczności. Dziś mamy listopad, a ja coraz pewniej i lepiej czuję się w świecie wirtualnych słów, które za chwilę nie znikną. Cieszę się, że nie popełniłam błędu, który robi wiele początkujących autorów - obs za obs. Nie mam teraz w obserwatorach "pustych kont", które jedynie proszą o klikanie, by dostać kilka darmowych ubrań z Chin, a mam osoby, które chętnie mnie czytają. Nauczyłam się dociekać problemów, szukam i czytam artykuły, które przy tworzeniu postów, przydają mi się w życiu, na uczelni. Łączę przyjemne z pożytecznym. No i zawsze, co jest dla mnie samą przyjemnością, szlifuję swój język i styl. Jak już stwierdzę, że chcę napisać książkę, to będę wiedziała jak się do tego zabrać ;)

 Ogromnie dużo zmieniło się podczas tych dwóch lat i  jestem bardzo zadowolona, jak moje życie ze smutnego, ponurego przemieniło się w coś, co potrafię docenić, każdą dobrą chwilę i ładować baterie tym, co pięknego mnie spotyka. I najlepsze jest w tym wszystkim to, że do sporej części takich chwil mogę wrócić i skosztować ich jeszcze raz

Zrobiłam sobie spacer po moich wpisach, dostrzegłam jak były smutne i pełne goryczy, szukałam swojego miejsca, chciałam zrozumieć siebie i poczuć, że lubię patrzeć w lustro. I wydaje mi się, że blog mi pomógł - nauczył doceniania życia. Wyciągnął ze mnie radość, którą kiedyś miałam, a którą zagrzebałam głęboko w sobie.

Dziękuję więc dzisiaj, że od stycznia doceniacie moje posty i mam nadzieję, że jeszcze lepiej rozwinę skrzydła. 

♡ ♡ ♡ 


Copyright © 2016 lekkość duszy , Blogger